Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sex. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sex. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Hipnotycznie, erotycznie – ostrzej, niż zwykle…

Tyk… tyk… tyk…
Miarowe postukiwanie drewnianego metronomu znów dobiegło do moich uszu, wypełniając absolutną ciszę, która jeszcze przed chwilą panowała dokoła mnie. Powieki, jak gdyby ciężkie i ołowian,e z trudem otworzyły się. Obrazy docierały do mnie w zwolnionym tempie – zastanawiałam się gdzie właściwie jestem i jak się tam znalazłam, lecz mój mózg przetwarzał zaledwie drobne strzępki poprzednich informacji. Niespodziewaną dezorientację podniecała także prawie całkowita ciemność, poprzerywana gdzieniegdzie ciepłymi smugami żółtego światła lampy. Im bardziej moje źrenice adaptowały się do niekorzystnych warunków widzenia, tym więcej detali dostrzegałam w swoim otoczeniu. Zamrugałam kilkukrotnie, z niedowierzania otwierając powieki jeszcze szerzej – przed moją twarzą zamajaczył naszkicowany na suficie wizerunek Ewy w rajskim Edenie. Jej krągłe, lecz zgrabne ciało oplatały tłuste węże, kąsając ją po szyi, piersiach i zaciśniętym łonie. Oczy miała otwarte, podobnie jak usta, a głowę odchyloną do tyłu. I uwierzcie mi, że nie była to poza pełna lęku i bólu. Ta kobieta przeżywała kompletną seksualną ekstazę!

Cóż za chory i niedorzeczny obrazek! Przez chwile przeszło mi przez myśl, że to tylko niezamierzony efekt hipnozy, senny trans, z którego zaraz się wybudzę. Postanowiłam podnieść się z łóżka i rozejrzeć, jednak moje ruchy były tak nieskładne i nieprecyzyjne, że omal nie upadłam na twarz przy pierwszej próbie postawienia na nogi. Obraz przed oczami wciąż zasłaniała mi gęsta i drżąca mgła, której nie sposób było się pozbyć. Ale nawet pomimo jej obecności zorientowałam się, że jestem kompletnie naga. Dlaczego?
„Widzę, że obudziłaś się, Weroniko. Czy drzemka była udana?” – odezwał się głos nieopodal lampy. W oddali znów zamajaczyła mi postać doktora.
„Co się stało? Gdzie jestem? Dlaczego…” – wyjąkałam, osłaniając się rękoma.
„Ciii…” – tym razem męski głos wyczułam na sobie równocześnie z oddechem na szyi – „To tylko Twoja podświadomość, Twoje pierwotne Id. Pozwól mu przejąć kontrolę…”
Delikatnie ujął mnie za biodra i zaczął prowadzić w stronę fotela, na którym przed chwilą siedział. To było wyjątkowo dziwne uczucie. Przy zachowaniu niemal pełnej świadomości nie mogłam i nie chciałam zrobić nic, by powstrzymać tą całą sytuację. Jak gdyby część mózgu sterująca moim ciałem i wolą była posłuszna tylko jego poleceniom, nie moim. Panika wkradła się pomiędzy moje myśli, a całe ciało w krótkiej chwili zaczęło drżeć. Wtedy mężczyzna podał mi coś do picia, po czym znacząco się uspokoiłam. Być może nawet poczułam lekką euforię.
„Powiedz mi, dlaczego już się nie osłaniasz. Czyż nie czujesz się zawstydzona wobec mnie?”
Jego brutalnie brzmiący głos wdzierał się pomiędzy moje uda i rozpalał w nich tak silną seksualną żądzę, której nie czułam jeszcze w życiu.
„Nie czuję wstydu – odparłam – czuję podniecenie”
Doktor zaśmiał się łagodnie. Przesunął ręką po moich piersiach i łonie, wsuwając wskazujący palec nieco głębiej, niżby wymagała tego medyczna etykieta. Potem oblizał go ze smakiem, jak gdyby przed konsumpcją samego ciastka pragnął skosztować nieco lukru. Ponownie zadrżałam. Widząc to przyciągnął mnie do siebie i ustami zaczął delikatnie muskać moje łono. Rozpalał je figlarnie sprawnymi ruchami języka, oscylując wokół łechtaczki i ujścia mojej szczelinki. Doskonale znał się na seksualnej anatomii kobiecego ciała. Kiedy z moich ust wyrwał się pierwszy jęk rozkoszy, przerwał zabawę i ponownie zadał mi pytanie:
„Czy jest Ci dobrze i przyjemnie? Czy chcesz, żebym przestał? To nie musi się stać…”
„Nie przestawaj, proszę…” – zakwiliłam jak mała dziewczynka. Widocznie ucieszyła go moja odpowiedź, ale mimo tego nie zamierzał wrócić do poprzedniej czynności. Powoli i spokojnie ujął moją głowę i pociągnął mocno w dół. Instynktownie pochyliłam ją… a wtedy w moje usta niespodziewanie wypełniły się gorącą i sztywną męskością. Znów poczułam to ukłucie seksualnej ekstazy, która wręcz zmusiła mnie do wzięcia sprawy w swoje ręce… i wargi. Zabawiałam się z nim z przyjemnością. Za każdym razem, gdy dotykał miękkim szczytem moich migdałków, rozkoszne impulsacje przenosiły się w samo epicentrum punktu G. Wyjątkowo mi smakował, uwodził zapachem i strukturą… dlatego mój zachwyt przenosił się na każdy centymetr jego ciała. Nie przymuszał mnie do niczego, a jedynie gładził po policzku i cierpliwie przeczesywał włosy.
„Powiedz, czy teraz mi ufasz?”
„Ufam Ci.” – odpowiedziałam bez zastanowienia.
„Połóż się na leżance. Zapraszam. Nie musisz się obawiać.”
Posłusznie wykonałam jego polecenie, a moim oczom ponownie ukazał się ten okropny obrazek. Mężczyzna w skupieniu unosił moje ręce i przywiązywał je do metalowych poręczy. To samo robił z nogami.
„Widzisz te węże?”
„Widzę…”
Doktor pogładził mnie ponownie po policzku i sprawdzając mocowanie więzów dodał:
„Wiesz dlaczego jest ich więcej niż jeden?”
„Nie wiem…”
„Bo wy, kobiety, w swojej złożoności potrzebujecie mnóstwa bodźców, by uzyskać zaspokojenie. Do tej pory, tylko myślałaś, że jesteś spełniona. Nie wiesz co znaczy to słowo, dopóki nie pozwolisz mi pokazać swoich umiejętności… A jestem w stanie dać Ci całkiem dużo. Ale nie całkiem sam.”
Pocałował mnie głęboko i namiętnie, a potem bez słowa opuścił pomieszczenie.

Powrócił do mnie po kilku minutach, mając na sobie jedynie ciemną maskę, zakrywającą górną połowę twarzy. W jednej dłoni trzymał osobliwy pejcz, a w drugiej posrebrzane kulki na drobnym łańcuszku. Domyśliłam się, do czego mu posłużą. Nie zważając na moje przerażone spojrzenie uniósł moje nogi ku górze, mocno uderzając biczem o pośladki. Był to dziwny rodzaj bólu. Jednocześnie przyjemny i przeszywający. Podniecający i znienawidzony. Krzyknęłam głośno, a wtedy uderzył mnie po raz drugi, tym razem nieco lżej.
„Mam dość osobliwy gust…” wyszeptał mi do ucha – „Ale poza bólem i szokiem, potrafię dawać też rozkosz.”
Przełknęłam ślinę i zamknęłam oczy. Wtedy on powoli i łagodnie przyssał się do moich sutków, jak gdyby nigdy nie smakował kobiecych piersi. Gładził je wilgotnym językiem i ciepłymi wargami, pragnąc nacieszyć się ich słodyczą i rosnącą objętością. Poszybowały w górę. A wtedy on przypiął do nich dziwaczne klipsy, których nigdy wcześniej nie widziałam. Pierwszą z 3 srebrnych kulek subtelnie oblizał, a potem nakazał mi zrobić to samo. Dysząc ciężko z narastającej w nim żądzy, wyciągnął gadżet z moich ust, a potem łagodnie wsunął między pośladki… Z każdą kuleczką stymulował mnie coraz głębiej, wypełniając od wewnątrz ich ciepłą, metaliczną powierzchnią. Teraz czekało nas już tylko jedno – wyuzdany i ostry seks, w blasku przestarzałej lampy, wśród dźwięku trzaskającego drewna parkietowej podłogi. Mocno ujął moje ramiona, wślizgując się powoli pomiędzy uda. Po raz pierwszy w życiu czułam jakiegokolwiek mężczyznę tak dokładnie i pełnie. Był szybki i mocny, prawie jak seksualny oprawca. Potrafił przy tym w taki sposób zająć się resztą mojego ciała, że odpływałam sekunda po sekundzie, wznosząc się na wyżyny seksualnej orbity. Za każdym razem, gdy zechciałam wydać z siebie drapieżny okrzyk, przytrzymywał moje usta, lub zamykał je pocałunkiem. Coraz szybciej, coraz bardziej intensywnie. Nie pamiętam, ile razy szczytowałam podczas tamtej niecodziennej przygody. Pamiętam tylko, że gdy on był już bliski swojej wytrzymałości, szarpnął moje włosy, odchylając ciało ku tyłowi. Wtedy też w ostatniej sekundzie opuścił moje ciało i zabawiając się swoją męskością przy użyciu własnej dłoni, drugą ręką przesunął po moich rozwartych wargach. I je, i policzki, i całą moją twarz niedługo potem pokrył ciepłą obfitością swojej rozkoszy. Białe kropelki spłynęły stróżką między piersiami, wzdłuż pępka, a nawet pomiędzy uda. Czułam się spełniona – rzeczywiście, po raz pierwszy w życiu poznałam smak swoich wybujałych potrzeb seksualnych. Patrzyłam uważnie w jego twarz, dostrzegając w niej oczy Wiktora, i zawadiacki uśmiech Górala… Świat ponownie zawirował w mojej głowie.

„Proszę się obudzić! Pani Weroniko! Halo!”
Nie chcę się obudzić… wcale nie chcę się obudzić!
„Wracamy już do pełnej świadomości – proszę otworzyć oczy!” – jego męski głos przywołał mnie z otchłani wybujałego id. Tym razem byłam jednak ubrana.
„I jaki jest wynik badania pod wpływem hipnozy?”
Wcześniej spokojny specjalista, teraz z niestosowną zawziętością upewniał się, że nie wierzę w prawdziwość tamtych „pozornych wyobrażeń”.
„Wyniki muszę opracować z literaturą. Poza tym, jedna sesja to zbyt mało na wydanie tak znaczących osądów o Pani psychice… Zapraszam na ponowny seans za jakiś czas.”
Opuszczając gabinet zauważyłam też, że na suficie nad leżanką nie znajduje się nawet najmniejszy fragment owego fresku z wężami i kobietą. Ale czy to był tylko niecodzienny wynik hipnozy? Niezupełnie…
Na jego szyi wciąż widniały wyraźne ślady czerwonej szminki. Mojej szminki.

Weronika

wtorek, 7 kwietnia 2015

Swingersi z przypadku ;)

„Weroniko, Kochanie, wracam!”
No wreszcie! Sądziłam, że te święta znów spędzę sama jak palec, ewentualnie w towarzystwie podstarzałego spaniela. Na rodziców oczywiście nie mogłam liczyć, bowiem zaraz po ustaleniu jednoznacznej prognozy wielkanocnej pogody, zarezerwowali tygodniowy lot na Wyspy Kanaryjskie. Co prawda zaproponowali mi udział w ich wyprawie, ale ja, spodziewając się przyjazdu Wiktora, z oczywistych przyczyn odmówiłam. Nie sądziłam jednak, że mój ukochany wiezie w taksówce z lotniska… prawdziwą niespodziankę!
„Nie zgadniesz, Skarbie, kto właśnie jedzie nas odwiedzić!”
„Oczywiście, nie mam pojęcia. O kim mowa?” – zaciekawiłam się.
„Pamiętasz mojego kuzyna Roberta? Wyobraź sobie, że on i jego narzeczona Jenn przylecieli ze Stanów, aby spędzić z święta w Polsce! Zaprosiłem ich do nas, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko…”
Oczywiście, że nie miałam! Cały dom lśnił już czystością, a ostatnie smakołyki rumieniły się w piekarniku. Swoimi specjałami i zawartością lodówki mogłam wyżywić cały garnizon wojska. A to przecież tylko dwoje niespodziewanych gości…

Inicjatywa Wiktora okazała się być wspaniałym pomysłem. Jego kuzyn – Robert, nie tylko wyprzystojniał, przeistaczając się w prawdziwą gwiazdę, rodem z hollywoodzkich produkcji, ale także nabył nieprawdopodobnego poczucia humoru. Jennifer – słodka, szczebiotliwa, milutka, chichocząca, łatwo popadająca w zachwyt, zapatrzona w Roberta niczym Angelina Jolie w Brada Pitta. Szczęśliwie wszystkich rozmów nie musieliśmy przeprowadzać po angielsku, bowiem babka Jenn była rodowitą Polką – dzięki temu znała ona nasz język ojczysty na całkiem satysfakcjonującym poziomie. Przez całe popołudnie śmialiśmy się i plotkowaliśmy o każdym, nawet najdrobniejszym aspekcie życia i pracy, przeglądając sterty zdjęć, nagrań i wspaniałych notatek. Nawet nie zauważyliśmy, gdy za oknem nastał mrok, a wskazówki zegara niechętnie wskazały godzinę odpowiednią do zanurzenia się w odprężającym śnie. Moi goście (wliczając tu także Wiktora) wcale nie mieli ochoty na spoczynek po podróży, nie przerywając swoich ekscytujących opowiastek nawet na sekundę. Mi, jako gospodyni, nie wypadało zwyczajnie zostawić gości na pastwę losu i iść spać, choć miałam za sobą cały dzień sprzątania i gotowania. Dotrzymywanie towarzystwa tej rozentuzjazmowanej trójce było jednak trudniejsze niż myślałam. Powieki zamykały się ociężale, a trzeźwe myśli przez moment osnuła senna mgła. Postanowiłam więc, że wezmę szybki, chłodny prysznic. Dopiero on przyniósł mi upragnione orzeźwienie.

Schodząc na dół w szlafroku spodziewałam się raczej zastać gości pokładających się do snu w salonie… Pobożne życzenie. Nie dość, że ich „impreza” przybrała na spontaniczności, to na domiar złego na stole pojawiły się karafki z nalewkami i kilka butelek whisky. Moje ponowne pojawienie się w salonie oczywiście powitano ogromnymi salwami okrzyków zadowolenia i zaproszeniem do zabawy. I choć nie miałam większej ochoty na spożywanie jakiegokolwiek alkoholu, to ostatecznie zgodziłam się na jednego… góra dwa drinki… możliwe, że było ich trzy… lub cztery… Im więcej trunków pochłanialiśmy, tym bardziej odważne i śmiałe stawały się nasze rozmowy. Jak to bywa w gronie dorosłych par, tematyka bardzo szybko zeszła na sprawy seksu. Wiktor chwalił się przez Robertem, że nie ma na świecie drugiej, tak doskonałej w sztuce miłosnej kobiety. Wyzwolonej, zawsze chętnej i nieposkromionej w swoich erotycznych fantazjach. A wtedy jego kuzyn zapierał się, że to jego Jennifer jest prawdziwą sexy lady, mistrzynią seksu oralnego i posiadaczką najlepszego tyłeczka na świecie. Oh, omal nie pobili się podczas tego przekrzykiwania, na zmianę przytulając się z braterską czułością i kłótliwie podważając własne przekonania. Sącząc „nie-wiem-którego-z-kolei” drinka, wreszcie poczułam bardzo silne zawroty głowy, które uniemożliwiały mi utrzymanie prawidłowej postawy ciała, nie mówiąc już o dalszym uczestniczeniu w tej seksualnej debacie. Jen już dawno zasnęła pijana na rogu kanapy, tracąc kontakt z otaczającą rzeczywistością. Rozmytym głosem poprosiłam chłopców o przetransportowanie narzeczonej kuzyna do pokoju dla gości, a sama udałam się do własnej sypialni. Nie czekając dłużej na upojonego Wiktora, zapadłam w głęboki sen.
Nie potrwał on jednak długo. Gdy tylko zdołałam zapaść w swobodny stan półsennych wyobrażeń, przy moim boku pojawił się potężny, pachnący jeszcze świeżo wypitym whisky, postawny mężczyzna. Układając obie dłonie na nagich piersiach, aż jęknął z zachwytu. Wysapał jeszcze nad moim uchem coś między „mam na Ciebie ochotę” a „wezmę Cię mocno i głęboko, jak na najbardziej wyuzdanym porno”.
„Wiiiiktor….” – mruczałam pijana i nieświadoma – „Daj spokój… Kręci mi się w głowie.”
Ale Wiktor nie słuchał. Ogarnięty pijackim amokiem i spowity kompletną ciemnością, z lubością dobierał się do mojego nagiego ciała. Przytrzymał mocno ręką moje usta w taki sposób, bym nie mogła wyrzucić z siebie kolejnej prośby o pozostawienie mnie w spokoju. Poza tym, czując na plecach „rozmiary” pożądania mojego partnera byłoby to co najmniej bezcelowe i nieskuteczne. Napalony kochanek, gdy tylko poczuł moją uległość, natychmiast przycisnął mnie ciężarem swego ciała, zwróconą twarzą do materaca. Ustami, które były gorące, miękkie i chciwe, rozprzestrzeniał na mojej szyi dziesiątki wilgotnych pocałunków… Wtedy ja delektowałam się zapachem jego perfum, które tej nocy wydawały mi się nieco mocniejsze i bardziej wyraziste niż zwykle. Również dłonie uległy znaczącej przemianie – miały nie tylko więcej energii do zabawiania się z moją wyjątkowo czułą łechtaczką, ale także zauważalnie głębiej i celniej dotykały mojego epicentrum rozkoszy, zwanego również punktem g. Odpływałam powoli w tym morzu uniesień, spieniającym we mnie fale nadchodzących dreszczy. Było mi tak dobrze i błogo, choć momentami traciłam zupełny kontakt z rzeczywistością. Wreszcie czując, że „tam na dole” jestem już gotowa na przyjęcie swojego mężczyzny, wtargnął we mnie mocno i zdecydowanie, zaciskając jednocześnie dłonie wokół mojej szyi. Utrudniając mi ruchy i możliwość oddechu, delektował się widokiem mojej bezradności i alkoholowego niedowładu mięśni. Nie potrafiłam obronić się przed taką koleją rzeczy, zwłaszcza gdy moje podniecenie stale rosło w siłę. Z każdą sekundą przesuwał się w moim wnętrzu mocniej i pewniej, prześlizgując się i uderzając miękkim czubkiem w okolice sprawiające mi największą przyjemność. Bardzo szybko doprowadził mnie na szczyt, mimo iż alkohol w nadmiarze znieczula i utrudnia odczuwanie satysfakcji seksualnej. Zatrzymał się na chwilę, chłonąc wewnętrzne pulsacje moich intymnych mięśni. W tym czasie masował i ugniatał w dłoniach moje krągłe pośladki i nabrzmiałe piersi, domagające się bardziej wyrafinowanych pieszczot. Ale Wiktorowi nie w głowie były takie zabawy i gdy tylko skurcze ustały, wysunął się, a potem nieznacznie naparł swoim wilgotnym i śliskim członkiem na drugą, znacznie ciaśniejszą dziurkę.
„Nie…” – jęknęłam zawstydzona, ale jego męskość wbijała się już w ciepłe zakamarki moich pośladków, wreszcie chowając się w nich w całości. Silnymi dłońmi uniósł moje pośladki, przesunął się w nich kilkukrotnie, aż wreszcie dokończył swojego dzieła, tryskając we mnie fontanną słodkiego nektaru rozkoszy…

Szok i niedowierzanie. Oczy szeroko otwarte ze zdziwienia. Być może zabrzmi to idiotycznie, ale następnego poranka obudziłam się w ramionach Roberta! Jak oparzona wybiegłam z sypialni na korytarz, zastając tak równie zszokowanych Wiktora i Jess!

Nigdy nie widziałam, żeby któraś para opuszczała nasze mieszkanie szybciej, niż Robert i Jessica. Patrząc na odjeżdżającą w dali taksówkę, Wiktor objął mnie ramieniem i szepnął:
„Chyba nie było aż tak źle…?”
„Nie, Skarbie, było bardzo dobrze. Ale następnym razem wolę swingować świadomie.”

Weronika

poniedziałek, 30 marca 2015

Przyłapana na „gorącym uczynku”…

Wolne weekendy dobrze jest spędzać aktywnie – jeszcze lepiej, robiąc to w asyście swojej najlepszej przyjaciółki. Towarzystwo Marceli wyjątkowo służyło mi bez większych zastrzeżeń, biorąc pod uwagę nawet nieustępujące gadulstwo i niegasnący entuzjazm, czyli nieodłączne elementy jej osobowości. Jakkolwiek naszym sobotnim celem pierwotnie był aquafitness, pływanie i bicze wodne, to w ostatecznym rozrachunku większość czasu spędziłyśmy w saunie lub jacuzzi, śmiejąc się, plotkując i zawieszając pożądliwe spojrzenia na pewnych swoich atutów, męskich kąskach. A trzeba przyznać, że tego dnia było ich całkiem sporo. Oczywiście, nasze wdzięki również nie uszły uwadze facetów, którzy z uwielbieniem wlepiali w nas rozmarzone oczy, od czasu do czasu zagadując lub komplementując. I choć z początku wydawało się to całkiem miłym, niezobowiązującym układem, to po dłuższym czasie odpierania takowych zalotów poczułam się potwornie zmęczona.
„Marcela, może chodźmy na jakiś masaż… mam już dość tkwienia w wodzie.” – marudziłam z miną małej, obrażonej dziewczynki.
„Daj spokój, Wera! Przecież jest świetnie! Spójrz – tamten facet, wylegujący się na leżaku przy oknie wyraźnie ma na mnie ochotę! Rób co chcesz, ja tu zostaję! To czysta kopalnia romansów.” – dodała po chwili. No tak. Priorytety życiowe Marceli są bardzo jasne i klarowne. Nie ukrywa swojego zamiłowania do dobrej zabawy i łamania męskich serc. A muszę przyznać, że jest jedyną w swoim rodzaju mistrzynią uwodzenia i często „moje sekretne podboje” to wynik jej umiejętnego podejścia do facetów. Do dziś zachodzę w głowę, jak ona to robi…
„W takim razie, ja wracam do sauny. Jeśli znudzi Ci się rola basenowej atrakcji, możesz do mnie dołączyć.” – rzuciłam w stronę koleżanki, powoli wynurzając swoje ciało z bulgoczącej, gorącej wody. Nie jestem pewna, czy w ogóle zrozumiała moje słowa, bowiem jej rozkoszne spojrzenie wciąż utkwione było na majestatycznych mięśniach pewnego przystojniaka.

Tym razem – zamiast sauny parowej – fińska. O dziwo, cała dla mnie. Mogłam wybrać sobie dowolne miejsce i dowolny poziom, rozkładając się na bielutkim i przyjemnie miękkim ręczniku. Fala gorąca od razu uderzyła w moje ciało, powodując wystąpienie na całej jego powierzchni drobnych kropelek. Taka przyjemna kąpiel temperaturowa rozpaliła nie tylko wszystkie zmysły, ale także bezpruderyjną wyobraźnię, budzącą się we mnie w najmniej oczekiwanych momentach… na przykład – takich, jak ten. Podjęłam więc żmudną próbę walki z narastającym podnieceniem i butną wyobraźnią, jednak nie przyniosły one zamierzonego skutku. Rozejrzałam się dokoła i z entuzjazmem stwierdziłam, że wciąż jestem sama w tym cudownym, relaksującym otoczeniu. Nic nie stało więc na przeszkodzie, abym wzięła sprawy w swoje ręce… i to dosłownie! Sensualną grę rozpoczęłam od zabawy ze swoimi piersiami. Już przy pierwszym dotyku moje sutki stwardniały i wystrzeliły w górę, niczym młode pędy bambusa. Drażniąc je opuszkami palców, jednocześnie przesuwałam drugą dłonią po aksamitnej skórze twarzy i szyi, wyobrażając sobie wszystkich tych mężczyzn spotkanych dzisiejszego dnia, z których każdy, jeden po drugim, zanurza się w mojej kobiecości, pozostawiając w niej cząstkę siebie… Och! To było silniejsze ode mnie. Niemal zapomniałam o otaczającym świecie oraz możliwości potencjalnego przyłapania mnie na „gorącym uczynku” przez innego użytkownika saunarium. Chciałam zatrzymać tę falę nagłego podniecenia na biuście, jednak powoli przenosiła się ona w nieco niższe rejony, pociągając za sobą jednocześnie obie dłonie. I tak przez talię, brzuch, okolice pępka, wzgórek łonowy i uda, wreszcie dotarłam do centrum mojej kobiecości. Łechtaczka, już dobrze ukrwiona i wrażliwa, na dodatek obficie wilgotna od wypływających z mojego wnętrza soczków, była gotowa na przyjęcie sowitej porcji soczystych pieszczot. Na początek nagrodziłam się jedynie delikatnymi muśnięciami dłoni, a temperatura moich wyobrażeń bardzo szybko stała się prawie tak samo gorąca, jak źródło ciepła sauny. Im bardziej perwersyjne fantazje snułam, tym mocniejsze i intensywniejsze stawały się moje ruchy, aż wreszcie bez skrępowania moje paluszki ruszyły na poszukiwanie mitycznego punktu G… i trafiły na niego bez większych problemów. Wsuwałam je i wysuwałam, uciskając pulsacyjnie tą wyjątkową strefę. Jednocześnie druga dłoń zataczała doskonałe w swej geometrii okręgi i owale, obejmując swoim zasięgiem nie tylko czuły guziczek rozkoszy, ale każdy centymetr skóry dokoła niego. Moje serce biło jak oszalałe, właściwie nie mogłam złapać tchu. Ilekroć wypuszczałam rozgrzane powietrze z płuc, z mojej krtani wydobywał się całkiem głośny jęk nadchodzącego szczytu. Kroczek po kroczku nadawałam sobie tempa i zwiększałam intensywność doznań. Marzyłam o tej cudownej chwili, która jak na złość narastała we mnie wyjątkowo leniwie i spokojnie. Wijąc się na drewnianej półce najwyższego poziomu sauny, myślałam tylko o jednym – o nadchodzącej rozkoszy. Nic nie było w stanie wyrwać mnie z tego ogromnego transu… oczywiście poza ekstazą. Wyginając całe swoje ciało w orgazmiczny łuk, wykrzyknęłam głośno całą litanię ochów i achów. A gdy erotyczny dreszcz opuścił mnie i ponownie otworzyłam zaciśnięte powieki… Chciałam zapaść się pod ziemię. Na naprzeciwległej ławeczce siedział sobie spokojnie ów przystojniak, na którego ochotę miała sama Marcela. Zarumieniony, nie tylko od gorąca, utkwił swoje oczy pomiędzy moimi jeszcze rozwartymi udami. Co więcej, jego również krępowała stercząca erekcja. Szybko zdołał ją jednak opanować i powrócić do stanu względnie normalnego. Dopiero wtedy oboje mogliśmy opuścić gorący pokój.
„Będę tu jutro. Spotkajmy się… Oszalałem na Twoim punkcie!” – szepnął mi jeszcze przy wyjściu, blokując grube drzwi z matowego szkła. Delikatnie naparł na moje pośladki swoją miednicą, powodując wystąpienie na całym ciele kolejnej porcji dreszczy.
„Chętnie zrobiłbym TO już teraz, ale to zbyt ryzykowne. Chciałbym móc cieszyć się tym, co przed chwilą widziałem bez zbytecznej ostrożności….”
Instynktownie namierzyliśmy swoje usta, które natychmiast złączyły się w szybkim i chciwym pocałunku.
„Jutro o dwudziestej, w hotelu na górze?” – zapytał odrywając się od mojej twarzy i wplatając palce pomiędzy kosmyki wilgotnych włosów. Skinęłam głową, bowiem przez zaciśnięte gardło nie było w stanie przejść ani jedno słowo. Wyplątując się z jego objęć jako pierwsza opuściłam pomieszczenie. Jeszcze długo wodził wzrokiem za moim ciałem, gdy wchodziłam pod lodowaty prysznic, ale ostatecznie zamiast niego dopadła mnie Marcela!
„Słuchaj! Ja mam dość! Ten przystojniak już prawie na pewno był mój i – nie uwierzysz – nagle zniknął! Nie natknęłaś się na niego może przypadkiem?”
„Nie mam pojęcia… Być może mignął mi tu gdzieś przed oczami…” – skłamałam, lecz tylko w dobrej wierze, nie chcąc ranić wybujałego ego przyjaciółki. I wtedy jak na zawołanie pojawił się on, w oddali, zbierając się do wyjścia z kompleksu. Uwodzicielsko spojrzał się w naszą stronę i posłał ku mojej postaci kokieteryjny uśmieszek.
„Ach!” – zapiszczała Marcela – „Widziałaś, jak on na mnie patrzył?”
Tak. Widziałam jak patrzył… jak mężczyzna głodny rozkoszy, którą ja potrafię mu dać.

Całe szczęście moje wyrzuty sumienia odeszły w niepamięć równie szybko, co zainteresowanie przyjaciółki tamtym obiektem westchnień. Nie mogło być inaczej, jeśli 15 minut później w oko wpadł jej kolejny kąsek. Oto cała Marcela :)

Weronika

czwartek, 26 marca 2015

Naga prawda przed kamerą…

Kamera mnie uwielbia… wobec tego kochamy się z wzajemnością. W przeszłości marzyłam o zostaniu aktorką, teatralną lub filmową. Rodzice posyłali mnie nawet na prywatne lekcje, rozmaite castingi do programów dziecięcych i seriali. Niestety, nawet nawet najdrożsi nauczyciele nie potrafili wyciągnąć ze mnie choroby, która z taką zjadliwością trawiła moją niewinną dziewczęcą duszyczkę… Nieśmiałość. To właśnie przez nią przyszło mi porzucić dziecięce marzenia o sławie i zająć się prawdziwą (jak mawia mój ojciec) nauką. Ostatecznie to dzięki niej jestem teraz tym, kim jestem i szczerze mówiąc, żałowałabym teraz obrania innej drogi życiowej. Dorosłość jednak szybko pozbawiła mnie powściągliwości i milczącego usposobienia, czyniąc ze mnie prawdziwą duszę towarzystwa – odważną, energiczną, twardo stąpającą po ziemi. Nieśmiałość odeszła do lamusa, a wraz z nią – paradoksalnie – marzenia o medialnej karierze. Postała we mnie jednak pasja do teatru, sztuki i retoryki. Wszystko, czego nauczyłam się w dziecięcym kółku teatralnym, dziś definiuje mnie na nowo jako dojrzałą kobietę. Wciąż uwielbiam pozować do zdjęć i pokazywać się przed kamerą. I chociaż nieczęsto mam do tego okazję, to jednak za każdym razem robię to co raz lepiej.

Zadzwonił dzwonek do drzwi. Właśnie opuszczałam poranny prysznic, a że niezapowiedzianych wizyt zwyczajnie nie przyjmuję, postanowiłam zignorować jego ostry i drażniący dźwięk. Przybysz jednak ani myślał odpuścić, ostatecznie zmuszając mnie do założenia szlafroka i udania się w kierunku przedpokoju. Kiedy uchyliłam drzwi, ogarnęło mnie niewymówione zdziwienie. Otóż, zamiast spodziewanego sprzedawcy eko-garnków za kilka tysięcy złotych i odkurzaczy dla alergików, w progu ujrzałam dwudziestokilkuletniego przystojniaka. Może był on nazbyt drobny i szczupły, jak na moje upodobania, ale twarz miał wyjątkowo uroczą, chłopięcą i niewinną. Gęste blond włosy, delikatnie zwichrzone przez wiatr, idealnie współgrały z błękitnym odcieniem jego mądrych oczu i zalotnym, sympatycznym uśmiechem na twarzy.
„Witam! Czy mam przyjemność z panią Weroniką?” – zagadnął mnie, po czym natychmiast utkwił spojrzenie w w moich osłoniętych przez cieniutki szlafroczek piersiach.
„Tak…” – odrzekłam zaskoczona – „O co chodzi?”
„Zgodziła się pani na przeprowadzenie wywiadu do naszego magazynu studenckiego. Tak więc jestem… Wpuści mnie pani?”
„Jaka tam pani… Weronka jestem.” – rzuciłam w jego stronę, gdy tylko przekroczył próg przedpokoju.
„Kacper. Zrobimy to tu czy w salonie?”
Stanęłam jak wryta. O czym myślał ten dzieciak?
„Wywiad, oczywiście…” – dodał rozbawiony, widząc moje ewidentne zakłopotanie.
„Ach tak… przejdźmy do salonu.”
Wskazałam mu miejsce na fotelu przy stoliku, a sama rozsiadłam się na kanapie. Wówczas on, ze swojego małego plecaczka wydobył niewielką kamerę i skierował ją dokładnie w moją stronę.
„Kacper, co to ma znaczyć?” – zapytałam zaskoczona.
„Muszę Panią… to znaczy muszę Cię nagrać, żeby później zmontować z tego jakiś artykuł, a że nie mam dyktafonu, to uznałem, że kamera również się przyda.”
Nonsens. Przecież nawet telefony mają funkcję dyktafonu. I zachowywał się nieco dziwnie, wciąż gapiąc się na moje piersi.
„Cóż… więc zaczynajmy.” – szepnęłam, rozsiadając się wygodnie na kanapie.
„Pytanie pierwsze” – odczytał z mocno wymiętej kartki „Czy jesteś świadoma, że nie mogę przeprowadzić tego cholernego wywiadu? Nie sposób się skupić, gdy na wprost mnie siedzi istna bogini, okryta tylko skąpym szlafrokiem…”
Zszokowana otworzyłam usta ze zdziwienia. Skąd w tym młodzieniaszku tyle odwagi? Ryzykował wyrzuceniem z mojego domu w kilka sekund, a jednak odważył się na wysnucie takiej uwagi. To niebywałe! Moje rozmyślania natychmiast przerwał fakt pojawienia się chłopaka tuż obok mnie, wciąż na wprost migającej rytmicznie kamery. I nim zdążyłam zaprotestować, zwyczajnie przyciągnął mnie za ramię, składając na ustach miętowy i słodki pocałunek. W tym niespodziewanym amoku pozwoliłam mu nawet na wsunięcie dłoni pod szlafrok i delikatne dotknięcie mojej nagiej piersi. Lecz otrzeźwiona nagłym przypływem adrenaliny stanowczo go odepchnęłam.
„Co Ty sobie myślisz, chłopcze! Że wejdziesz do mojego domu, jak do agencji towarzyskiej i tak po prostu się ze mną prześpisz?” – krzyknęłam oburzona.
Nie przestraszył się, ani nie odsunął, a tylko ponownie objął mnie w pasie i wymruczał seksownie:
„Nie opieraj mi się…”
I nie oparłam, bo zwyczajnie nie potrafiłam. Chociaż mój rozum krzyczał nie, a serce biło jak oszalałe, to jednak spragnione męskiego dotyku ciało nakazywało mi kosztować tej ryzykownej gry w ramionach przystojnego studenta. Muszę przyznać, że potrafił on zająć się mną w sposób tak subtelny i delikatny, że przez moment miałam wrażenie, jakbym robiła to po raz pierwszy, a mój mężczyzna, z taką czułością i rozwagą pozbawiał mnie niewinności. To szalenie nakręcało moje trybiki w głowie, nakazując mi coraz to większą uległość wobec łagodnego języczka, który z taką czułością pieścił moją łechtaczkę i sterczące sutki. Jego dłonie wciąż błądziły po moich udach biodrach i pośladkach, aby wreszcie odnaleźć pasujące położenie. Powoli i delikatnie rozsunął moje nogi szerzej… a ja… zamknęłam oczy. Znów miałam 18 lat, a mój pierwszy chłopak, tak bardzo podobny do niego, delikatnie wsuwał swoją sztywną męskość między moje wąskie biodra, przebijając mnie niczym wątły balonik. Tym razem jednak, zamiast bólu i strachu czułam jedynie przyjemność i satysfakcję. Kacper nie szukał wyjątkowych doznań i niezbadanych sfer seksualnych przygód. Pragnął jedynie zdobywać rozkosz i nią obdarowywać każdy centymetr mojego spragnionego ciała. Powoli i łagodnie, raz po raz zagłębiał się w moim ciele, którym wstrząsały spazmatyczne dreszcze uniesień. Do tej pory wydawało mi się, że lubię ostry i zdecydowany seks. Dopiero ON zmienił mój pogląd w tym temacie. Mój boski i przystojny kochanek. Zbliżający się orgazm dostrzegłam w jego oczach… Pozwoliłam mu opaść na swoje ciało, i wtulić anielską twarz pomiędzy pukle moich wilgotnych jeszcze włosów. I kiedy jego sztywny przyjaciel coraz głębiej przesuwał się ku szczytowi, a śnieżnobiałe ząbki lubieżnie przygryzały mój płatek ucha i skórę na szyi, oplotłam udami jego biodra, zaciskając przy tym rytmicznie mięśnie Kegla. Pomimo tego, że nasz seks był powolny, łagodny i bardzo klasyczny, to jednak fala orgazmu napłynęła we mnie niespodziewanie i nagle. Kilka sekund dalej, erotyczne tsunami pochłonęło także mojego młodocianego kochanka. Jęknęliśmy, wspólnie splatając nasze dłonie, uważnie chłonąc każdą cząsteczkę niewypowiedzianej rozkoszy. Spełnieni i wolni, niegrzeczni i grzeszni, szczęśliwi i gotowi na więcej…

Film z kamery usunęłam osobiście, zaraz po zakończeniu wywiadu. Mój słodki „dziennikarz” nie przewidział jednak, że jedyna kopia nagrania powędrowała na dysk mojego komputera zupełnie nieprzypadkowo. Byłoby bardzo szkoda, gdyby tak doskonały epizod w wykonaniu naszych ciał poszedł w niepamięć. Jako niedoszła aktorka, powinnam kolekcjonować i przechowywać takie dzieła sztuki…. sztuki miłosnej, oczywiście.

Weronika

poniedziałek, 23 marca 2015

Mała sesja fotograficzna!

Popularność… jest jak miłość. Dopada człowieka w najmniej oczekiwanym momencie życia. Jeżeli pamiętacie jeszcze mój wpis dotyczący zamieszczenia zdjęć na stronce popatrzna.pl, możecie się domyślić, o jakiej popularności może być mowa… Cóż, nie mylicie się. Nasze zdjęcia, to znaczy – moje i Wiktora – zobaczyły dziesiątki użytkowników, a komentarze, którymi uraczyli nas internetowi „podglądacze” okazały się wspaniałą zachętą do dalszej zabawy z okazywaniem naszych czułości publicznie. Wspólnie z Wiktorem podjęliśmy więc decyzję o wykonaniu kolejnej sesji, tym razem już amatorskiej. Nie tylko z powodu braku profesjonalnego sprzętu i stylisty miało być inaczej. Otóż do tego przedsięwzięcia postanowiliśmy zaangażować jeszcze jedną, żądną wrażeń osóbkę. Wybór wcale nie należał do najprostszych… Kobieta – krzyczał Wiktor. Mężczyzna – obnosiłam się niegasnącym uporem. I kwestię płci należało jak najszybciej rozstrzygnąć. Aby zapobiec dalszym kłótniom zaproponowałam mu krótką partyjkę pokera. Biedaczek… tak trudno było mu skupić się na grze, gdy półnaga, ubrana jedynie w przezroczystą haleczkę, figlarnie zabawiałam się moimi piersiami… Po bolesnej przegranej właściwie oddał mi wolną rękę co do wyboru „nowego” partnera. Całe szczęście nie domyślił się, że trzeci z rożków naszego miłosnego trójkąta został już dawno zaproszony do zabawy…

Moja „czekoladowa” niespodzianka, którą po raz pierwszy spotkałam w biurze (w charakterze seksualnego prezentu od nieznanego nadawcy) zjawiła się o czasie. Mina Wiktora mówiła sama za siebie. Był totalnie zszokowany moim wyborem.
„Weronika… No co Ty! Kręcą Cię czarnoskórzy??” – szepnął mi do ucha, gdy Neemar właśnie brał prysznic.
„Kochanie, jeszcze tak wielu rzeczy o mnie nie wiesz…” – zaśmiałam się.
„No ale.. wiesz. Nie mam nic przeciwko niemu. To fajny facet. Ale boję się, że wypadnę przy nim dość blado…” – wyjąkał zawstydzony.
„Wiktor, jak możesz być takim rasistą! To wcale nie jest zabawne…” – natychmiast wyraziłam swoje oburzenie.
„Ach! Nie o to chodzi! Miałem na myśli jego rozmiary. Podobno pod tym względem rozkładają Europejczyków na łopatki.” – zreflektował się Wiktor.
„Skarbie, nie daj się ponieść stereotypom. Powiedzmy, że nawet jako posiadacz jasnej karnacji (choć po egzotycznym wyjeździe trudno ją zauważyć) naprawdę masz powody do dumy. Nawet przy nim.”
„Pocieszyłaś mnie trochę…” – odetchnął z ulgą, gdy ja przygryzłam się w język. Całe szczęście, że niedokładnie zanalizował moją poprzednią wypowiedź…
Po chwili zjawił się Neemar całkowicie pozbawiony okrycia! Widziałam, jak Wiktor lustruje go porównawczo, choć ostatecznie odpuszcza tą chłopięcą zabawę i rzuca rzeczowe:
„No dobra, więc jaki jest plan?”
A plan był dziecinnie prosty. Ja, Wiktor i nasz gość – plus aparat, łóżko, samowyzwalacz….
Zaczęło się. Przebrana za niesforną uczennicę, rozpoczęłam swój śmiały pokaz przed obiektywem lustrzanki, która co kilka sekund utrwalała kolejny obraz. Wyginając swoje ciało w przeróżnych pozach, wolno pozbawiałam się kolejnych części garderoby: białej koszulki, biustonosza, skórzanych szpilek, podkolanówek… Zrzucając z siebie koronkowe stringi, chłopcy dołożyli wszelkich starań, aby „szklane oko” uchwyciło dokładnie TEN moment… aby cały świat mógł zobaczyć, jak bardzo byłam już wilgotna. Pozostałam więc jedynie w krótkiej, czerwonej, kraciastej spódniczce, spod której wszystkie moje kobiece atrybuty były bardzo wyraźnie widoczne. Wtedy chłopcy zabrali się do dzieła. W prawdzie oboje nie wymagali już rozgrzewki, ale czego nie robi się dla dobrych fotografii ;) Swoją inicjację rozpoczęliśmy od namiętnego seksu oralnego we troje. Chociaż dłonie mam dwie, to niestety usta tylko jedne, tak więc moi mężczyźni niecierpliwili się, kiedy nadejdzie ich kolejne pół minuty rozkoszy. Następnie konwencja nieco się zmieniła – teraz to ja byłam pieszczona przez dwa języczki naprzemiennie! A gdy Neemar dodatkowo użył swoich długich paluszków… Ach, znajdowałam już w swoim rozkosznym niebie! Teraz wszyscy byliśmy gotowi na punkt kulminacyjny naszej przygody… Jako pierwszy moim wnętrzem zawładnął Wiktor, podczas gdy ja, swoimi ciepłymi ustami obejmowałam olbrzymie dwa skarby Nemaara. Każde zdecydowane i mocne uderzenie bioder Wiktora o pośladki, zmuszało moje głębokie gardło do przyjęcia większej ilości czekoladowych centymetrów… To wspaniałe uczucie, kiedy strumień rozkoszy tak doskonale przepływa przez trzy ciała, w jednej chwili. Idealna synchronizacja, doskonała ekspozycja i rytmiczne dźwięki aparatu… Zamiana ról obu napalonych do granic możliwości panów okazała się nieco bardziej nieprzewidywalna, bowiem Neemar, choć nie było tego w umowie, postanowił posmakować mnie od drugiej strony, racząc powolnym i bardzo delikatnym (jak na jego możliwości) seksem analnym. Cóż… Taka stymulacja niemal odłączyła mój mózg od reszty ciała i nadzwyczaj szybko wyniosła na orgazmiczną orbitę. Moi mężczyźni pozwolili odpocząć mi przez chwilę, czekając na dalsze instrukcje. Nie spodziewałam się, że tak nagle zawładnie mną ta bezpruderyjna, wyjątkowo śmiała zachcianka…
„Chcę poczuć was obu… jednocześnie. Dajcie mi podwójną rozkosz… właśnie teraz.” – wyszeptałam cichutko, wypinając się zachęcająco w stronę obiektywu. Spodziewałam się raczej zaprzeczenia ze strony Wiktora, jednak – o dziwo – wykazywał on największy entuzjazm. Panowie bardzo szybko dostosowali się do swoich ról, wypełniając mnie po brzegi swoimi spragnionymi męskościami. Tak… to było cudowne uczucie. Dwaj napaleni mężczyźni, zagłębiający się swoim ciężarem w głąb mojego drżącego ciałka, pragnący jedynie zapewnić mi doskonałą rozkosz w podwójnej dawce. Nasze tempo coraz bardziej przyspieszało, podobnie jak agresywne okrzyki i pulsowanie krwi w żyłach. Nagradzając mnie kolejnym, obezwładniająco – doskonałym orgazmem, obaj kochankowie opuścili ciasne zakamarki, dopełniając swojej rozkoszy wprost na moich nabrzmiałych piersiach… Esencja cudownego seksu, niesamowitej przygody, nieziemskiej inspiracji. Od teraz, nie muszę już snuć marzeń o wcielaniu się w rolę gwiazdek filmów erotycznych. Mając przy sobie dwóch nieokiełznanych mężczyzn, gotowych na wszystko, mogę przeżyć cokolwiek zechcę w wymarzonym świecie erotycznych przygód. A nawet uwiecznić to na fotografii… Prawdziwa ze mnie szczęściara!

Weronika

piątek, 20 marca 2015

Przyjemna koncepcja antykoncepcji.

O tym, że seks powinien być przede wszystkim bezpieczny, wiedzą już dojrzewające dziewczynki w podstawówce i stale robiący im rozmaite psikusy chłopcy, przesiadujący na osiedlowym trzepaku. Rodzaje tych zabezpieczeń wielu z nich poznaje dokładnie, stojąc już u progu dorosłości, planując swój „pierwszy raz” odpowiedzialnie i z należytą uwagą. Powszechny dostęp do popularnych prezerwatyw, globulek plemnikobójczych i otoczonych ostatnio bezpodstawną falą kontrowersji tabletkami awaryjnymi, znanymi lepiej jako „pigułka dzień po” sprawił, że znacznie trudniej jest zaliczyć tak zwaną „wpadkę”. Oczywiście, obowiązkowa edukacja seksualna w szkołach także dołożyła tutaj swoje przysłowiowe 5 groszy. Wspominając czasy mojej młodości, takie nauki dopiero nieśmiało przedzierały się przez rygorystyczne kanony polskiego szkolnictwa, tak więc całą stosowną wiedzę pobierało się od starszych wiekiem i doświadczeniem koleżanek. Mając kilkanaście lat, niemal całe wakacje spędzałam u mojej babci, w małym domku na Mazurach. Miałam tam wiele znajomych, nieco starszych, niż ja – może zwyczajnie z tego powodu, że od zawsze czułam się nieco dojrzalej od moich rówieśników. Sam fakt posiadania pączkujących piersi w rozmiarze niejednej 18-latki ułatwił mi wkupienie się w łaski starszego towarzystwa i zwrócenie uwagi pokaźnej liczby chłopców. I choć każdego miesiąca powierzałam swoją dłoń w opiekę innego nastolatka, to nigdy jednak nie godziłam się na nic więcej, niż tylko niewinny pocałunek. Za to moje koleżanki… choć przechwalały się znajomością rozmaitych technik antykoncepcyjnych, ostatecznie skończyły swoją przygodę z szaleństwami młodości w roli nastoletnich matek. Widok ich emocjonalnych i życiowych tragedii był dla mnie lepszą nauczką, niż wszystkie lekcje o seksualności razem wzięte. Nawet teraz, gdy jestem już całkiem dużą dziewczynką, wiem, że antykoncepcja jest bardzo potrzebna. Jednak kto by pomyślał, że może być także… całkiem przyjemną zabawą!

„Mam coś specjalnego…” – szepnął do mojego ucha Wiktor, lubieżnie przygryzając jego płatek.
Leżeliśmy właśnie na kanapie w salonie, zażywając poobiedniej drzemki. Uśmiechnęłam się nieco w stronę ukochanego i przeciągając się z gracją młodziutkiej kotki zapytałam:
„Co to takiego, Skarbie?”
„Rozbierz się… czekaj tu nago z zamkniętymi oczami… a wtedy wszystkiego się dowiesz…” – wymruczał zadowolony.
„A nie lepiej odłożyć to na wieczór?” – zaproponowałam nieśmiało.
„Po co czekać z deserem do kolacji…” – oburzył się. „Za 3 minuty jestem z powrotem.”
Spodobała mi się jego męska stanowczość i dlatego ochoczo zrzuciłam z siebie wszystkie ubrania. W momencie, gdy usłyszałam „bose” kroki, miałam ogromną ochotę jednak przypatrzeć się jego ekscytującej nagości… ale nie chciałam zepsuć sobie nachodzącej niespodzianki. Poczułam, jak jego gładkie ciało wtula się w moją talię. Za perfekcyjne dotrzymanie warunków umowy, Wiktor nagrodził mnie soczystym pocałunkiem. Jego palce powędrowały na moją wilgotną już łechtaczkę, pozwalając mi rozgrzać się odpowiednio. Wciąż jednak nie rozumiałam, co niezwykłego mogło tkwić w tej, powiedzmy szczerze, standardowej procedurze. Stosownego olśnienia doznałam, gdy do mojego wnętrza powoli wpełzło coś… włochatego… nieregularnego… prążkowanego… Moje oczy natychmiast otworzyły się szeroko ze zdziwienia, a wtedy nieznany „intruz” jeszcze mocniej zagłębił się w moje ciało. Aż jęknęłam z rozkoszy i zakłopotania. Zauważyłam że przecież nie ma przy sobie żadnego fantazyjnie zaprojektowanego dildo… Moja mina musiała wyrażać więcej, niż byłam w stanie z siebie wydusić, bowiem Wiktor zaśmiał się gardłowo i podnieconym do granic głosem wyszeptał:
„Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. A teraz, Skarbie, daj się ponieść tej fali przyjemności.”
Nie miałam powodu, aby mu nie zaufać. Tak więc odchyliłam swoją głowę do tyłu i ponownie zamknęłam oczy. To „coś”, przesuwające się w moim wnętrzu, doprowadzało mnie do prawdziwej ekstazy, wyzwalając nieznane dotąd dawki przyjemności. Niemal oszalałam na jego punkcie. Moje uda mimowolnie oplotły biodra Wiktora, zmuszając go do jeszcze głębszej penetracji mojej kobiecości. Było to również kwestią czasu, zanim moje paznokcie wbiły się w opalone plecy kochanka, zarysowując na nich czerwone łuki. Podnosząc spazmatyczne jęki, raz po raz zaciskając zęby na jego miękkiej, pachnącej olejkiem arganowym brodzie, z szybkością startującej rakiety wzbijałam się ku niebu. I choć nie mam tego w zwyczaju, wciąż błagałam go o więcej…. marzyłam, by to zbliżenie zwyczajnie nie miało końca. Po chwili jednak to przyjemność przejęła władzę na moją zdolnością samokontroli, a przez moje ciało przelała się rzeka rozkoszy. Ba – nawet cały ocean! Ciężko dysząc, opadłam na kanapę, pozwalając mojemu mężczyźnie dokończyć swojego dzieła. I kiedy wreszcie opuścił moje ciało, niedowierzającym oczom ukazał się niecodzienny widok. Na wzniesionej jeszcze męskości Wiktora spoczywała najdziwniejsza prezerwatywa, jaką kiedykolwiek w życiu widziałam! Była kolorowa i dosyć gruba, zaopatrzona w lateksowe kępki neonowych włosków, koliste wypustki i wyraźne prążki! Po raz pierwszy w życiu widziałam coś podobnego.
„Podobało się?” – jako pierwszy milczenie przerwał Wiktor.
„Czy się podobało?… Wiktor… to było magiczne! Nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś podobnego.” – wydusiłam przez zaciśnięte gardło.
„A może chciałabyś spróbować raz jeszcze?” – zasugerował nieśmiało.
A ja zwyczajnie nie potrafiłam mu tego odmówić…

Weronika


niedziela, 22 lutego 2015

(Nie)spodziewany gość

Po zawstydzającej przygodzie w jacuzzi zupełnie straciłam ochotę na dalsze spędzanie weekendu w tym miejscu. Niestety, nie mogłam zawieść moich przyjaciółek… i ostatecznie zostałam. Marcela jako pierwsza zauważyła mój podły nastrój, jednak nawet pod gradobiciem pytań nie udało się jej wyciągnąć ze mnie prawdziwego powodu mojej frustracji. Wieczorem spędziłyśmy trochę czasu przy barze, przez co nieco się wyluzowałam. Dopiero około godziny 3 w nocy położyłam się do łóżka – upojona dobrym winem i odprężona.

W niedzielny poranek pod SPA zjawił się brat Marceli, który na jej prośbę zgodził się odwieźć nas z powrotem do Lublina. Z trudem zapakowałyśmy wszystkie nasze walizki do i tak sporego kombi, po czym ruszyłyśmy w kilkugodzinną drogę. Padał deszcz. Było chłodno, mroczno i niezbyt przyjemnie. Przylepiona do szyby obserwowałam spływające po szkle strugi wody. Rozmyślałam o Adamie, Wiktorze i wszystkich poprzednich mężczyznach, kiedy nagle mój telefon zawibrował. Stuknęłam dwukrotnie w gładką taflę wyświetlacza – „Masz wiadomość od: Mama”. Prawdziwie zadziwiło mnie to. Ostatnio, oboje z ojcem mieli niewiele czasu, gdyż przez cały wrzesień odbywali delegacje w Niemczech, Francji i Holandii. Miedzy prywatnymi biznesami ciężko jest odnaleźć skrawek czasu dla córki. Zaciekawiona otworzyłam wiadomość: „Skarbie, zapraszamy Cię z Tatusiem na obiad o 17. Przyjedziesz? Mamy gości!”. Czyli znów chcą mi kogoś przedstawić, kto potencjalnie może pomóc działalności firmy… Miałam tego powyżej dziurek w nosie. „Tak mamusiu, oczywiście, że będę…”
Do domu rodziców przybyłam pół godzimy przed czasem. W progu powitał mnie fantastyczny zapach pieczonej dziczyzny (ojciec poluje) i świeżych grzybów. Na mój widok, mama prawie uderzyła chochelką w sufit, rzucając mi się na szyję, natomiast tata wszedł po chwili, ucałował w policzek i dumnym jak paw głosem oznajmił, że wreszcie udało mu się namówić na przyjazd do Polski wujka Fabiana (przyrodni młodszy brat mojego ojca, wyjechał z Polski razem z dziadkiem, gdy ja miałam 2 latka). Właściwie nigdy nie miałam okazji go poznać. I wtedy moim oczom ukazał się… nie żaden tam wujek. Fabien! Mężczyzna z jacuzzi! Krew uderzyła mi do głowy, a nogi zatrzęsły się jak galareta. Nie mogłam wydusić z siebie nawet słowa! „Wujaszek” też był zaskoczony, ale jako pierwszy zrobił dobrą minę do złej gry i przywitał się ze mną sztucznym: „Witaj Weronika! Wyrosłaś na piękna dama.”

Zrobiło mi się niedobrze. Fabian, czy Fabien, patrzył się na mnie przez cały czas trwania posiłku, a mi każdy kęs grzązł w gardle. Rodzice byli tak bardzo zajęci szczebiotaniem na temat mojego życia pełnego sukcesów, że nawet nie zauważyli dziwnej atmosfery między nami. Po obiedzie oboje postanowili zostawić nas samych i udać się na 5-minutowy spacer ze swoimi 3 psami. W momencie zatrzaśnięcia drzwi Fabien podszedł do mnie uśmiechając się zalotnie. Nachylił się do mojego ucha i szepnął. „Zostanę w Polonia na trochę czas… może spotkasz się ze mną wieczór? Żaden ze mnie wujek…” To mówiąc złapał moją pierś i przyssał się do szyi. Natychmiast go odtrąciłam. W tamtym momencie wydawał mi się bardziej żałosny niż przystojny. Złapałam płaszcz, torebkę i natychmiast wybiegłam do samochodu. Za dużo wrażeń w przeciągu dwóch dni… Wracającej ze spaceru mamie wcisnęłam tanią bajkę o złym samopoczuciu i tyle mnie widzieli.

Parkując auto w garażu napisałam jeszcze szybkiego smsa do Adama. Całe szczęście, że godzinę później pojawił się pod moimi drzwiami. Tym razem nie kazałam mu marznąć na zewnątrz. Po raz pierwszy zaprosiłam go do mojej sypialni…

Weronika

piątek, 20 lutego 2015

Gorące iskry drobnych czułości

Ostatnie dni przemijają mi niczym najpiękniejsza z baśni Christiana Andersena. A wszystko za sprawą Wiktora, który nawet nazywa mnie swoją „księżniczką”. Choć podczas codziennych czynności, w znoszonym dresie i bezładnie upiętych włosach przypominam raczej „Kopciuszka” niż „Śpiącą Królewnę”, to mój ukochany widzi we mnie ucieleśnienie ideału kobiecego piękna. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo brakowało mi jego obecności w codziennym życiu… czułych powitań po powrocie z pracy, emocjonujących rozmów podczas kolacji, wspólnych seansów filmowych… i tych magicznych chwil spędzonych w sypialni. Przy Wiktorze właściwie zapominam o wszystkich problemach i zmartwieniach. Wzdrygam się na samą myśl o kolejnej rozłące, która, niestety, niebawem musi nastąpić. Tak więc jedynym moim planem wobec ostatnich dni jego pobytu w domu pragnę wykorzystać w jedyny słuszny sposób… wtulając się w jego bezpieczne i czułe ramiona!
Po całym dniu ciężkiej pracy, wracałam do domu zmęczona i śpiąca. Przez całą drogę marzyłam tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w łóżku u boku ukochanego księcia. Moja kobieca intuicja podpowiadała mi jednak, że dzisiejszego wieczoru jeszcze przez długi czas nie będzie mi dane posmakować miękkości jedwabistej pościeli. Oczywiście, przeczucia mnie nie myliły. Od progu moje nozdrza uderzył zaskakujący zapach mleczka kokosowego, trawy cytrynowej i kurkumy…
„Kochanie, wróciłaś!” – w korytarzu powitał mnie radosny uścisk Wiktora. Po soczystym, powitalnym pocałunku odebrał mój płaszcz i polecił udać się do jadalni. Na stole już czekała na mnie ceramiczna czarka, pełna mojej ulubionej tajskiej zupy z krewetkami! Że też zechciał ją dla mnie przygotować… Oczywiście pochłonęłam ją w kilka sekund, w asyście doskonałego szejka z mango i ananasa. Do tej pory Wiktor nie ujawniał swoich talentów kulinarnych., tak więc moje zadowolenie mieszało się z ogromnym zaskoczeniem i zakłopotaniem. Pomyślałam, że z pewnością miło byłoby się odwdzięczyć, za okazaną mi troskę… W czasie, gdy mój mężczyzna układał naczynia w zmywarce, ja zrzucałam z siebie kolejne warstwy ubrań. Wreszcie, mając na sobie jedynie półprzezroczyste stringi, ruszyłam w jego kierunku. Objęłam go mono, przygryzając seksownie płatek jego prawego ucha, a moja ręka odruchowo powędrowała na jego rozporek. Przez chwilę trwał w tej pozycji, zamykając oczy i mrucząc niczym tygrys, aż wreszcie odwrócił się w moją stronę, składając na rozpalonym czole delikatny pocałunek. Uznając to za zachętę do dalszej zabawy, powoli obniżałam swoje usta do poziomu jego spodni. Powstrzymał mnie jednak swoim zdecydowanym uściskiem i wtulając swoje brodate policzki w czubek mojej głowy wyszeptał:
„Nie, nie, Kochanie. Dziś to ja chcę się zająć tobą, jak przystało na prawdziwego mężczyznę… i szczęściarza. To wielkie szczęście, że mam Cię przy sobie…”
Rozczuliło mnie jego nietypowe wyznanie. To naprawdę twardy facet, który nie boi się wyzwań, ekstremalnych sportów i dzikich zwierząt na safari, ale w mojej obecności roztapia się niczym mleczna czekoladka pozostawiona latem w pełnym słońcu. Prowadząc mnie za rękę w kierunku łazienki, odkrył przede mną kolejną niespodziankę, którą przygotował specjalnie dla mnie! Moim oczom ukazała się wanna, pełna gorącej, spienionej wody, zroszonej aromatem różanego olejku eterycznego. Dokoła porozrzucane czerwone płatki róż, w rogach zapalone białe świece. Ich złote światło odbijało się od srebrnego wiaderka z lodem, w którym właśnie chłodził się wspaniały szampan. Aż zapiszczałam z radości na samą myśl o długiej i relaksującej kąpieli. Natychmiast zrzuciłam z siebie resztki ubrań i niczym Afrodyta w morskiej pianie, zanurzyłam się ogromnej wannie. To była istna rozkosz dla zmysłów, upragniony relaks fizyczny i psychiczny. Mój ukochany mężczyzna stale pilnował, aby w moim kieliszku nie zabrakło musującego trunku, racząc mnie przy okazji wspaniałymi opowieściami o nieznanych kulturach i miastach, które zwiedził podczas swoich rozlicznych podróży po świecie. Uwielbiam słuchać jego głosu. Jest taki głęboki i szorstki, ale zarazem ciepły i łagodny… prawdziwie podniecający. Kiedy wreszcie kolejna porcja alkoholu uderzyła do mojej głowy, zaproponowałam mu przyłączenie się do kąpieli. Chyba od początku na to liczył, bowiem nie musiałam przekonywać go zbyt długo. Zadowolony i nagi wtulił się w moje rozgrzane ciało, a wtedy jego dłonie bezwiednie powędrowały w okolice moich ud. Uwielbiam, te sprawne, miękkie jak jedwab paluszki. Nawet pod wodą czyni z ich pomocą prawdziwe cuda, co w asyście jego pasjonujących pocałunków, sprawiało mi nieopisaną przyjemność. Ja również nie pozostawałam mu dłużna, meandrując dotykiem pomiędzy jego wspaniałym torsem, umięśnionymi ramionami i imponującym atrybutem męskości. Nasze upojone szampanem usta, języki splatające się w głębokich pocałunkach i wilgotne dłonie, rozpalały nasze zmysły i ciała. Powoli, namiętnie, bez pośpiechu.
W posobny sposób kochaliśmy się tej nocy. W prawdzie bardzo klasycznie, bez gadżetów, wyszukanych pozycji i przebieranek. Zupełnie nadzy, odziani tylko w blask białawych świec, otuleni miękkością pościeli, zapatrzeni w swoje oczy, zatraceni w swoich ustach. Zupełnie tak, jak gdy robiliśmy to po raz pierwszy – nieśmiali, delikatni, zawstydzeni.
Tyle piękna, jednej nocy, zwyczajnie trudno doświadczyć. Ta namiętność nie może mieć końca. Przenigdy…
Weronika

niedziela, 15 lutego 2015

Be my Valentine!

Ach, te walentynki. To zdecydowanie najsłodsze, serduszkowe święto, jakie znam. 14 lutego świat wydaje się być zupełnie inny – znacznie weselszy, pełen czułości i miłości. Mojemu wielkiemu entuzjazmowi związanemu ze świętowaniem imienin świętego Walentego sprzyjał fakt, że tego poranka obudził mnie… namiętny pocałunek Wiktora! W czułych objęciach mojego ukochanego, wszystkie poprzednie przygody seksualne jakby natychmiast wyparowały z mojej głowy, uleciały z nastręczających mnie myśli. Tak długo nie czułam jego cudownego zapachu skóry, dotyku muskularnego torsu, gęstych, kruczoczarnych włosów. Elegancki, szarmancki, przystojny… i niewyobrażalnie pociągający. Taki właśnie jest mój Wiktor! Na znajdującej się nieopodal łóżka etażerce zauważyłam olbrzymi bukiet, skomponowany z moich ukochanych białych frezji i pudrowych róż. Obok spoczywało eleganckie opakowanie belgijskich czekoladek i doskonałej klasy różowe wino musujące. O śniadanie również nie musiałam się martwić. W jadalni na dole czekał na mnie iście królewski posiłek – świeżo przyrządzona sałatka z owocami morza, doskonałe ostrygi, znane ze swoich właściwości afrodyzjakalnych, czekoladowo-miętowy deser lodowy i mnóstwo owoców egzotycznych. Nikt inny, tak jak on, nie rozumie esencji kobiecych potrzeb. Jakie to szczęście, że mam go przy sobie…
Przez resztę dnia zastanawiałam się, w jaki sposób wynagrodzić mojemu ukochanemu tak wspaniały, walentynkowy poranek i doszłam do wniosku, że najlepszym pomysłem będzie… wspaniała, walentynkowa noc! Do tego przedsięwzięcia należało także poczynić stosowne przygotowania. W tym celu całe popołudnie spędziłam na przeczesywaniu odpowiednich sklepów, aż wreszcie znalazłam to, czego tak zawzięcie szukałam – seksowny kostium pokojówki. Kiedyś mimochodem szepnął mi w trakcie miłosnych uniesień, że czasem wyobraża mnie sobie w tej kreacji, a to bardzo mocno go podnieca. Dlaczego więc nie sprawić Wiktorowi tej przyjemności? Nie widziałam ku temu istotnych przeciwwskazań, natomiast zalet płynących dla obu ze stron uczestniczących w zabawie było wiele…
Wieczorem, niczego nie świadomy Wiktor, po relaksującej kąpieli z hydromasażem, wpatrywał się leniwie w w migoczący ekran telewizora. Odziany jedynie w męski szlafrok, pochłaniał jakiś wybitnie interesujący film sensacyjny. W tym czasie ja przygotowywałam smakowitą kolację… ze mną w roli głównej. Odświeżona, pachnąca masłem kokosowym i ulubionymi perfumami, założyłam na siebie króciutką, czarną, kloszowaną spódniczkę, z białym fartuszkiem i różowymi kokardkami. Moje krągłe i spragnione męskiego dotyku piersi zakryłam obcisłym, równie krótkim topem, z ozdobnymi, bufiastymi rękawkami. Całość kompozycji dopełniły wysokie, czarne, lakierowane szpilki oraz siateczkowe pończoszki, zwieńczone falbankami i kokardkami. Ostatecznie mój widok w lustrze oszałamiał, zaskakiwał, kusił, nęcił, zniewalał… Była to jedna z tych sytuacji, gdzie własne odbicie przyprawiało mnie o dreszcze podniecenia. Już nie mogłam doczekać się miny Wiktora! Po cichutku zeszłam po schodach, unikając zbyt głośnego postukiwania obcasami i z precyzją wieloletniego włamywacza wślizgnęłam się do salonu. O swoim przybyciu powiadomiłam mojego mężczyznę, gładząc jego obnażony tors przy pomocy kolorowej, puszystej szczotki do zbierania kurzu. Nie zerwał się na równe nogi, tak więc na pewno spodziewał się jakiejś szalonej inwencji z mojej strony.
„Co Ty kombinujesz, Mała?” – zaśmiał się nie odwracając głowy. „Podejdź do mnie, Skarbie”.
I wtedy ruszyłam do akcji. Pewnym krokiem wtargnęłam w pole widzenia Wiktora, wykonując przy tym kuszące, pełne udawanej niewinności ruchy. Z gracją pochylałam się ku przodowi, poprawiając swoje ozdobne pończoszki, a jednocześnie nęcąc mojego lubego tak doskonale bezpośrednim widokiem moich wilgotnych skarbów. Wrażenie, które na nim wywarłam, było wprost proporcjonalne do liczby centymetrów, na które uniosła się w górę dolna cześć jego szlafroka… Innymi słowy, było ogromne! Choć zazwyczaj to on przejmuje inicjatywę, dziś marzył tylko o tym, by nie poprzestawać na samym widoku mojej osoby… to wyczytałam z jego szeroko otwartych oczu. Pozwoliłam sobie na nieco śmiałości i końcówką szczoteczki uwolniłam jego nabrzmiałą męskość, doskonale skrytą pod taflą czerwonej satyny. Nabrałam ochoty na więcej. Przesunęłam opuszkami po jego napiętym podbrzuszu, aby dać mu do zrozumienia, że tej nocy to ja przejmuję dowodzenie. Oczywiście, był idealnie posłuszny… zwłaszcza, gdy jego męskość tak głęboko wślizgiwała się w moje gardło. Rozkosznie mruczał, niczym dziki kot wylegujący się na rozgrzanej słońcem sawannie. Pragnąc podkręcić tempo naszego spotkania, sprawnym ruchem dosiadłam go w pozycji na jeźdźca, podczas gdy on tylko ujął moje pośladki w dłonie i przycisnął do swoich bioder, pragnąc dotrzeć jeszcze bardziej w głąb mojego rozpalonego ciała. Och, chyba moja ciasna szczelinka zapomniała już, jak to jest zapraszać do swojego wnętrza takiego olbrzyma! Albo to tropikalne tajlandzkie powietrze zadziałało na niego niczym niebieskie pigułki… Oboje byliśmy wniebowzięci tym stanem, bowiem tak długo czekaliśmy na siebie. Z każdą sekundą unosiłam się i opadałam coraz szybciej i coraz mocniej. Orgazmiczny strumień już przepływał przez moje ciało, pragnąc wytrysnąć rozkosznym źródłem w mojej duszy. Wreszcie Wiktor przebudził się ze swojego transu. Posyłając mi maniakalne spojrzenie seksoholika przewrócił mnie na podłogę, by ponownie wczuć się w rolę agresywnego dominatora. Wprost uwielbia, gdy pozwalam mu w tak przedmiotowy sposób obchodzić się z moim ciałem i traktować mnie jak niedoświadczoną w branży panienkę lekkich obyczajów, która właśnie oddaje się pod seksualną protekcję swojego sponsora. Wystarczyło szepnąć w jego stronę kilka sprośnych słówek, aby wreszcie eksplodował w moim łonie, wypełniając mnie swoim obfitym nektarem rozkoszy. Opadając bezsilnie obok mojego ramiona zdołał tylko szepnąć: „Kocham Cię…” Chociaż regularnego oddechu nie odzyskał jeszcze przez długi, długi czas…
Weronika

piątek, 13 lutego 2015

Afrodyzjaki… esencjonalna moc natury!

Dzisiejszego poranka nie miałam najmniejszej ochoty na wychodzenie z łóżka. Zza okna docierały do mnie ciche postukiwania kropli spadających z dachu na parapet, a w oddali turkotały silniki samochodów, leniwie przesuwających się po rozmokłej od śniegu drodze. Dręczyła mnie jednak świadomość, że nieobecność pani prezes na dzisiejszym spotkaniu z bardzo szczodrym pod względem regularnych opłat klientem może poskutkować jego utratą, co oczywiście nie jest zjawiskiem szczególnie pożądanym. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zwlec się z łóżka i w tempie ociężałej niedźwiedzicy polarnej doprowadzić się do stanu godnego kobiety na moim stanowisku.
Spóźniona i zdenerwowana wbiegałam właśnie po schodach na górę, gdy nagle, zapatrzona we własne paznokcie wiekowa dama (posiadaczka obfitego futra, cuchnącego naftaliną) trąciła mnie swoją lakierowaną torebką. Pech chciał, że zawartość kubka z kawą wylądowała wprost na mojej śnieżnobiałej koszuli.
„Ach, złociutka, musisz bardziej uważać. I nie pędzić tak szybko…” – starsza Pani wykrzywiła swoją pomarszczoną twarz w szyderczym uśmieszku.
„A pani musi wybrać się do okulisty, koniecznie” – odburknęłam zniesmaczona jej nietaktownym unikiem odpowiedzialności za spowodowaną sytuację.
„Młode to i bez bez kultury…” – ofuknęła mnie z wyższością amatorka martwych norek i pospiesznie opuściła korytarz, pozostawiając po sobie jedynie osobliwą woń tanich perfum.
Jak dobrze, że w moim gabinecie tata urządził osobną łazienkę. Dzięki temu mogłam zdjąć z siebie pokrytą brązowymi plamami koszulę i spróbować usunąć plamy przy użyciu zwykłego mydła. Niestety, moje usilne próby naprawienia szkody spełzły na niczym i ostatecznie musiałam pozostać w samym żakiecie.
Siedząc przy biurku i gapiąc się w stertę papierów miałam ochotę naprawdę się rozpłakać. Całe szczęście, że mam przy sobie ukochaną asystentkę Alicję, która posiada naturalną umiejętność poprawy mojego wyjątkowo złego humoru. Tym razem, poza duchowym wsparciem, przynosiła mi całkiem przykre wieści:
„Weronika… nie wiem jak ci to powiedzieć…” – dukała nieskładnie.
„Najlepiej prosto. Nie wiem, czy jest coś jeszcze na tym świecie, co mogłoby mnie bardziej wyprowadzić z równowagi…” – odparłam zdegustowana.
„Owszem, jest. Firma R. rezygnuje z naszych usług. Dziś rano otrzymaliśmy pisemne wypowiedzenie. Za dwie godziny będzie tu ich prezes, żeby podpisać z tobą dokumenty.”
Niech to szlag. Wiedziałam, że trzeba było nie opuszczać łóżka. Widząc mój opłakany stan psychiczny Alicja po cichu opuściła mój gabinet, zabierając mi sprzed nosa tę tonę makulatury. Jak dobrze, że sama się tym zajmie. Zdaje się, że to przez nerwy moja głowa pulsowała bólem niczym rytmicznie uderzany bębenek afrykański. Nieudolne przeczesywanie zakamarków torebki szybko uświadomiło mnie o braku jakichkolwiek tabletek przeciwbólowych. Chwyciłam więc za płaszcz i pospiesznie udałam się do najbliższej apteki. I w tym miejscu swój początek bierze właściwa historia.

W opustoszałym lokalu, w kolejce do zakupu leków, stała przede mną kobieta w średnim wieku. Choć usilnie starała się mówić szeptem, to jednak rozumiałam każde słowo, które padało z jej ust.
„Pani magister, chciałabym kupić coś dla męża… wie pani… na potencję…” – dukała w stronę znudzonej farmaceutki. „Tylko… wie pani… on nie może brać viagry, bo… wie pani… jest uczulony.” Wyrzucenie z siebie tych informacji przyniosło owej kobiecie widoczną ulgę. Specjalistka po drugiej stronie szyby uśmiechnęła się łagodnie i położyła na stole niewielki, elegancko opakowany słoiczek.
„To coś znacznie lepszego i skuteczniejszego. Gwarantuję, że będzie pani zadowolona z efektów. Te tabletki zawierają w stu procentach naturalny wyciąg z kory Johimby lekarskiej, a zawarta w niej johimbina to jeden z najsilniej działających afrodyzjaków na rynku. Może pani próbować owoców morza, czekolady, papryczek chili i olejków eterycznych, ale to jest zdecydowany faworyt wśród moich pacjentów. I co najważniejsze – pani również może spróbować ich działania na sobie, choć przeznaczone są głównie dla mężczyzn.”
Szczerze przyznam, że po raz pierwszy w życiu usłyszałam o zbawiennych właściwościach afrykańskiej roślinki na życie erotyczne tysięcy polaków. Więc kiedy nadeszła moja kolej, poprosiłam o jeden słoiczek dla siebie. I dwa opakowania ibuprofenu.
Po powrocie do biura, w sali konferencyjnej czekał już na mnie podenerwowany mężczyzna, na oko po pięćdziesiątce. Ubrany był elegancko, stosownie do zajmowanej przez siebie pozycji. Zadbany, pachnący i bardzo profesjonalny.
„Pani Weroniko. Jak mniemam, oboje jesteśmy świadomi, jak nieudolnie toczy się między nami współpraca. Będę zupełnie szczery – konkurencyjna, zagraniczna firma złożyła nam znacznie lepszą ofertę. Tak więc jestem zmuszony dokonać natychmiastowej rezygnacji.”
„Może jednak uda mi się zasugerować panu chwilkę rozmowy, przy dobrej kawie?” – wysnułam nieśmiałe pytanie. Zwyczajnie nie spodziewał się tej propozycji, ale ostatecznie wyraził swoją zgodę skinieniem głowy. Gorący napój postanowiłam przygotować samodzielnie, gdyż miałam ku temu jeden, wyjątkowo niecny powód. Do jego świeżo zaparzonej kawy wsypałam 2 pokruszone tabletki z plastikowego słoiczka, a do swojej tylko jedną, w celu sprawdzenia ich walorów smakowych. Chciałam uniknąć zdemaskowania, wobec czego taki test wydał mi się szczególnie rozważny. Ostatecznie dodałam także nieco cynamonu (o którego pobudzających właściwościach wiedziałam już od dawna), a także słodki ekstrakt waniliowy. (Uwierzcie mi, że kawa w mojej firmie jest niczym nektar bogów i stosujemy przeróżne techniki, aby zmodyfikować jej powszedni smak – stąd tak bogate zaopatrzenie naszej kuchni.) Racząc mojego gościa podrasowanym napojem, przy okazji zamknęłam drzwi na klucz i zasłoniłam żaluzje. Tak ot, dla pewności. Ku mojemu zdziwieniu prezes R. wypił duszkiem całą filiżankę, nie zwracając szczególnej uwagi na walory smakowe. Analizowaliśmy liczne z łączących nas umów, gdy nagle zrobiło się koszmarnie gorąco. Przeprosiłam na chwilę mojego rozmówcę, aby uruchomić klimatyzator. Przechodząc obok mężczyzny spostrzegłam, że wygłodniałym wzrokiem pożera on mój głęboki dekolt żakietu (no tak, biała koszula suszy się w łazience), a jego obcisłe, eleganckie spodnie pękają w szwach z powodu monstrualnej erekcji! Teraz byłam już pewna, że wystarczy kilka słodkich, kuszących propozycji, aby podpisać z nim wiążącą umowę na kolejne dwa lata. Tego, co się jednak wydarzyło, mój scenariusz nigdy nie przewidywał. Klimatyzator włączony. I nim odwróciłam się, w celu zajęcia poprzedniego miejsca, powstrzymała mnie silna dłoń prezesa.
„Możemy zawrzeć układ…” – wysapał do ucha, wsuwając jednocześnie swoje dłonie pod mój wystający spoza marynarki biustonosz. „Ty dasz mi to, czego ja chcę i stosunki naszych firm już na zawsze nie ulegną zmianie. Wystarczy jedno słowo i rezygnacja ląduje w niszczarce…”
Mówiąc to, jego palce już przesuwały się pod satynowymi figami, które, nie wiedzieć czemu, były całkiem wilgotne. Nawet gdyby nie zaproponował mi owego seksualnego układu, to i tak poddałabym się jego władzy. Choć rozum krzyczał „nie”, to moje ciało ewidentnie pragnęło smaku tej niepoprawnej zabawy. Rzuciliśmy się na siebie z chciwością i niepohamowaną żądzą rozkoszy. Oczywiście natychmiast zrzucił ze mnie biustonosz i swoimi spragnionymi wrażeń ustami bez oporów przyssał się do moich sterczących sutków. W tym czasie moja dłoń wydobywała z jego spodni efekt działania johimbiny. Zadzierając w górę moją szarą spódniczkę, sprawnym ruchem posadził mnie na szklanym stole. I nie mogąc doczekać się mojego ciepła, tak zwyczajnie odchylił bieliznę i wbił się we mnie aż do samego końca. Z trudem powstrzymywałam krzyki rozkoszy, bowiem jeszcze nigdy sama obecność twardej jak stal męskości nie sprawiała mi tak niebotycznej przyjemności! A trzeba przyznać, że ten niepozorny elegant był mistrzem w dziedzinie doprowadzenia kobiety do spazmatycznego szału. Już samo spojrzenie, pełne napięcia i niezaspokojonych żądzy wynosiło mnie na orgazmiczną orbitę! Nie przypuszczałam jednak, że te magiczne tabletki, poza jakością stosunku, wpłyną także na jego długość! I kiedy ja doświadczyłam już szczytu swojej rozkoszy, on dopiero się rozkręcał. Wtedy zdałam sobie sprawę, że będą to wyjątkowo długie negocjacje…
Po wszystkim, odprowadziłam go do windy. Jeszcze ostatni raz uścisnął moją dłoń.
„Interesy z panią to czysta przyjemność. Do… zobaczenia!”
I w taki oto sposób zakończyła się moja pierwsza, niespodziewana przygoda z afrykańskim afrodyzjakiem w roli głównej.

Weronika

wtorek, 10 lutego 2015

Gorąca czekolada

Czas skończyć z marzeniami i poważnie zająć się pracą. Okres karnawału już chyli się ku końcowi, a i zimowa aura sypie swoje ostatnie płatki śniegu. Przez ostatnie tygodnie w biurze bywałam dość rzadko, toteż nadszedł czas, aby nadrobić czekające na mnie zaległości.
Jeśli mam być zupełnie szczera, to obowiązkowe wizyty w firmie należą do najbardziej znienawidzonych przeze mnie zajęć. Wystarczy jedno spojrzenie na spracowane twarze sekretarek i finansowych ekspertów, oczy – otwarte tylko dzięki porządnej dawce kofeiny w porannej kawie i pracownicze, eleganckie garsonki i garnitury. Nuda, nuda, nuda. Właściwie od kiedy skończyłam studia, zmuszona byłam wciąż patrzeć na takie widoki. W tej całej maskaradzie jednakowych ludzi, o takich samych, miernych aspiracjach życiowych, stert dokumentów, dzwoniących telefonów, irytujących spotkań z klientami… nie mogę się odnaleźć. A najgorszym elementem codziennej rutyny jest mój gabinet. Szary, czysty, schludny. Trochę drewna, przejrzyste szkło. Może kilka zielonych roślinek. Jedynym, kolorowym akcentem są spoczywające obok laptopa tęczowe długopisy i fioletowo-różowa lampka. Kiedy nie mam umówionych żadnych spotkań, po prostu gapię się przez okno z wyrazem twarzy pełnym rezygnacji i spoglądam na ludzi z najwyższego piętra biurowca. Przesuwają się jak czarne mrówki po leśnej ściółce, z których każda niesie ze sobą cząstkę własnego „JA”. Niby tacy sami, a jednak tak różni. Myślą, że w tym okrutnym świecie mają coś więcej do powiedzenia, ponad formułką „wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych…”. Taka jest moja smutna wizja współczesnego społeczeństwa.
Tego dnia życie udowodniło mi, że wciąż potrafi zaskakiwać. Sącząc popołudniową, czekoladową latte nie spodziewałam się ujrzeć nikogo, poza nadgorliwym praktykantem, niosącym mi pozornie ważne dokumenty do podpisu. Tym razem w progi mojego gabinetu zawitał jednak zupełnie inny gość. O jego nadejściu powiadomiła mnie podniecona mina zaufanej asystentki:
„Pani Weroniko! Przyszedł kurier do pani! Chciałam oczywiście odebrać przesyłkę, ale on zarzeka się, że może ją przekazać wyłącznie do rąk własnych.”
„Niech wejdzie” – rzuciłam niedbale pociągając kolejny łyk letniej kawy.
I wtedy moim oczom ukazał się… ów kurier. I nie byłoby w tym nic dziwnego poza faktem, że zamykając za sobą drzwi przekręcił znajdujący się w nich klucz. Standardową procedurą w takim przypadku byłoby wezwanie ochroniarza, jednak moja mina w tym momencie wyrażała najszczersze „zrób ze mną, co zechcesz”.
„Jestem pani prezentem… z dedykacją od… (tu wydobył z kieszeni małą kartkę)… od pana… pana… M? Albo to raczej N.. nie! To z pewnością jest W!”
Cóż, trzeba przyznać, że mój ukochany Wiktor najlepiej wiedział, jaki typ mężczyzny podoba mi się najbardziej. Nie przewidziałam jednak, że w całej otwartości naszej relacji, odważy się na zamówienie mi… afroamerykańskiego striptizera! Swoim niecodziennym pomysłem oczywiście trafił w najczulszy punkt moich seksualnych upodobań. Podobają mi się wysocy, dobrze zbudowani faceci. A tego młodzieńca natura dodatkowo wyposażyła w czekoladową skórę, wyraziste rysy twarzy i karmelowe oczy. Zadbany, pachnący, pewny siebie, rozpoczynał swój seksualny pokaz dokładnie na wprost mojego biurka. Podniecona wpatrywałam się w napinające się mocno mięśnie ud i pośladków, podczas gdy pod jego lateksowymi bokserkami piętrzył się się muskularny i nabrzmiały z podniecenia członek. Eksponował przede mną swoje umięśnione podbrzusze i ramiona, aby wreszcie zrzucić z siebie resztki zbędnego materiału i pozwolić poznać mi swoje ciało w niemal całej okazałości. Widok nagiego, zniewalająco przystojnego mężczyzny zwyczajnie zapierał dech w piersiach i sprawiał, że z minuty na minutę byłam po prostu coraz bardziej wilgotna. Pod koniec jego oszałamiającego pokazu umiejętności byłam już rozpalona do tego stopnia, że mało brakowało, by na mojej jasnoszarej spódniczce pojawiła się wilgotna plamka. Widząc moje zamglone z pożądania oczy, mężczyzna szepnął w moją stronę:
„Ma pani szczęście, że narzeczony opłacił nie tylko striptiz…”
I wówczas oboje rzuciliśmy się na siebie ze stosowną nam chciwością i bezpruderyjnością. Zrozumiałam, że nie pierwszy raz doświadczał takiej przygody, gdyż jego działania były ciche, opanowane i wyważone w każdym, nawet najmniejszym ruchu. Tego samego z pewnością nie można było powiedzieć o mnie, bowiem spazmatycznie wiłam się pod natłokiem jego krótkich i wilgotnych pocałunków. Guziczek po guziczku pozbawił mnie koszuli, a potem biustonosza i koronkowych, białych fig. Podciągnął spódniczkę, delikatnie układając swoją szeroka dłoń pomiędzy ciasnymi udami.
„Jesteś taka niewielka… a ja mam ci tak DUŻO do zaoferowania”… to mówiąc, opuścił bokserki i wydobył z nich swoją monstrualnie wielką, olbrzymią i twardą jak zamarznięta czekolada męskość. Z trudem mieścił się w mojej dłoni, która drżącym dotykiem próbowała choć w najmniejszym calu poznać wielkość swojego towarzysza uciech. Ta sytuacja była wyjątkowo podniecająca, choć oczywiście wstrząsał mną niespotykany wcześniej dreszcz przerażenia.
„Lubisz mocną, odważną jazdę, czy zaledwie łagodny spacer? – wysapał prost do mojego ucha, dysząc i lawirując ciepłymi dłońmi po nabrzmiałych wzgórkach moich piersi.
„Przypilnuj tylko, abym nie krzyczała zbyt głośno. A teraz zrób ze mną, co zechcesz…”
I nim zdążyłam przygotować swoje ciało na przyjęcie tak pokaźnego „prezentu”, moje wnętrze wypełniło się doskonale miękko i gładko, choć ze stosowną, pierwotną brutalnością. Rozdzierająca mnie na pół, obfita męskość kochanka, jeszcze w połowie nie zanurzyła się w moim łonie, gdy nie byłam już w stanie przyjąć „głębszego” wymiaru tej rozkoszy. Przeszywające podbrzusze uczucie bólu niemal natychmiast przerodziło się w dziką żądzę przyjemności. I nie napiszę Wam, drodzy czytelnicy, że kochaliśmy się na moim twardym, drewnianym biurku, bowiem był to prawdziwy gwałt wymierzony w moją kobiecą subtelność i delikatność. Traktował mnie niczym najgorszej klasy prostytutkę, obracał i układał we wszystkich możliwych pozycjach, według własnego uznania. Szarpał za włosy, przygryzał wargi i szyję, nie ustając w swoim szaleńczym tempie i mocnych uderzeniach o pośladki. Po raz pierwszy to mężczyzna traktował moje ciało niczym doskonale kształtną i jędrną zabawkę, nie szczędząc sobie przy tym niewybrednych komentarzy, rodem z krótkometrażowych filmów porno. Tuż po przeżyciu drugiego orgazmu finiszował na moich udach, szczerząc przy tym rządek idealnie białych zębów.
„Jesteś taka doskonała, że chciałbym to powtórzyć, nawet poza godzinami mojej pracy.”
Mówiąc to położył wizytówkę na dębowym blacie.
„Gdybyś jeszcze kiedyś potrzebowała prawdziwego seksu, nie krępuj się zadzwonić. Tylko ja wiem, jak naprawdę zapewnić kobiecie maksymalny odlot…”
Jeszcze przez pół godziny od wyjścia „kuriera” mocowałam się z guzikami mojej koszuli, wybierając przy okazji numer telefonu Wiktora.
„Cześć, Skarbie! O co chodzi? Za chwilę mam ważne spotkanie, więc jeśli nie jest to nic ważnego…”
„Dzięki za prezent, nie spodziewałam się otrzymać takiego… no… przeżycia, właśnie od Ciebie!”
(chwila ciszy)
„Myślałam wtedy tylko o Tobie.”
„Weronika, o czym Ty mówisz? Na pewno wszystko z tobą w porządku?”
Ton głosu Wiktora nie świadczył o chęci robienia dziecinnych żartów. W porę jednak zdałam sobie sprawę z potrzeby ratowania sytuacji,”
„Głuptasie! Ta wczorajsza wiadomość, kiedy napisałeś, że niebawem przyjeżdżasz… i uraczysz mnie wieloma, podniecającymi zabawami”
Uff, przełknął to kłamstewko i nie drążył niepotrzebnie tematu.
Tylko kto do licha przysłał mi w prezencie niebotyczny seks w ramionach bezpruderyjnego kuriera? Muszę się tego dowiedzieć za wszelką cenę. A przy okazji, to bardzo dobry pretekst, by na spotkanie umówić się raz jeszcze… Tym razem, na moich warunkach!
Weronika