Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik kobiety. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2015

Niespodziewana wizyta, kłótnia i rozkosz.

Dzisiejszy poranek, na szczęście, mogłam ze spokojem spędzić w zaciszu własnego domu. Wiktor znów wyjechał na kilka dni, ale dzięki temu mogłam delektować się absolutnie wyjątkową ciszą. Nim jednak odważyłam zwlec się z łóżka (a była już 9:30), włączyłam znajdujące się w zasięgu mojej ręki radio i zasłuchałam w energetyczną piosenkę jakiegoś zagranicznego zespołu. Miałam nadzieję na zapoznanie się z kolejną pozycją listy wiosennych hitów, jednakże mój organizm nieodwołalnie domagał się dużych ilości kawy. I to najlepiej z dodatkiem wanilii.

Smaczna, słodka, z puszyście kremową pianką… taka, jaką lubię najbardziej. Delektowałam się jej wyjątkowym smakiem i aromatem, jednocześnie zachwycając się niczym niezakłóconą idyllą porannej ciszy. Było mi tak błogo i przyjemnie, gdy nagle…

DING DONG!

Ostry dzwonek do drzwi. Wyrwana z utopijnego transu zerwałam się na równe nogi. Pobiegłam do przedpokoju i odruchowo otworzyłam drzwi. Nie przemyślałam tego – rozsądniej byłoby dokonać wstępnego rozeznania przez wizjer. Chyba wciąż jeszcze się nie obudziłam – nie myślałam wtedy logicznie.
„Cześć Księżniczko!” – od progu powitał mnie spontaniczny okrzyk. Jedynym, co ujrzałam w pierwszym momencie była bujna, kasztanowa czupryna oraz cudownie świeży bukiet konwalii.
„Michał? Skąd Ty do cholery masz mój adres?” – zapytałam zszokowana.
„A może… jakieś cześć? Powitalny całus? Nic?” – zignorował moje pytanie. Nie wierząc własnym oczom i zachowaniom, wpuściłam go do środka i… nawet przelotnie cmoknęłam w policzek. Potem ON wręczył mi filigranowy bukiecik, a ja ze stoickim spokojem zaciągnęłam się jego wonią…
„Daję Ci 5 minut, a potem wychodzimy.” – powiedział po chwili, rozglądając się po parterze – „I tak w ogóle, to fajnie się urządziłaś.”
Nie odpowiedziałam nic – to chyba nie wymagało żadnego komentarza z mojej strony. Przecież nie mógł się spodziewać po mnie 30-metrowej kawalerki w PRL-owskim bloku.
„W 5 minut zdążę co najwyżej wziąć ekspresowy prysznic. A i z tym może być problem.” – przyznałam szczerze.
Pogładził mnie po policzku i ucałował zaspane jeszcze powieki.
„W takim razie 10. Ale nie życzę sobie żadnych eleganckich sukienek, a tym bardziej makijażu. Bez tych wszystkich zbędnych dodatków wydajesz się być jeszcze piękniejsza.”
Wysunęłam się z jego objęć i szybko podreptałam w kierunku łazienki.

Po… z pewnością ponad 10 minutach, ubrana w proste jeansy, adidasy i luźny sweterek zeszłam do salonu. Cierpliwie czekał na mnie w salonie, przeglądając stojące na komodzie zdjęcia. Było to nadzwyczaj krępujące, gdyż na jednym z nich ja i Wiktor całowaliśmy się namiętnie na skąpanej słońcem hiszpańskiej plaży. On jednak pozostawał niewzruszony.
„Już?”
„Tak. Chyba tak.”
„No to zapraszam do mojego samochodu.”

Jechaliśmy powoli i spokojnie przez wiejskie drogi, w nieznanym mi kierunku. Przez cały czas z głośników dudniła głośna rockowa muzyka… i choć podobało mi się jej brzmienie, to moją głowę wypełniały teraz sprzeczne myśli i odczucia. Jednocześnie czułam się szczęśliwa – w końcu tyle za nim tęskniłam – a z drugiej strony – zakłopotana, niepewna i onieśmielona. Po kilku próbach zagajenia do rozmowy, wreszcie położył swoją dłoń na moim kolanie i rzeczowo zapytał.
„Co Cię trapi?”
„Nic takiego…” – odburknęłam zmieszana.
„Przecież widzę. Może i jestem prostym głupcem, ale potrafię wyczuć takie rzeczy.”
„Nie mów tak! To nie prawda” – skarciłam go natychmiastowo.
„Przecież wiem, że nijak odpowiadam Twoim oczekiwaniom. Jesteś prawdziwą księżniczką. Cholerną damą z wyższych sfer. Pasuję do Ciebie jak tępy wół do karocy, czy kwiatek do kożucha… Jak długo chcesz jeszcze udawać, że to Ci nie przeszkadza?”
Milczałam zszokowana. Zdenerwował mnie tym wyznaniem.
„Zatrzymaj samochód. Wysiadam.” – warknęłam zdenerwowana.
Posłusznie zjechał w małą zatoczkę w międzyleśnej drodze.
„I dokąd pójdziesz, Królewno?” – zapytał z przekąsem – „Czy Ty w ogóle wiesz gdzie jesteś.”
„Nie Twoja sprawa, betonowy Królu!” – wycedziłam przez zęby.
Wziął głęboki oddech, a ja nacisnęłam na klamkę. Drzwi były zablokowane.
„Wypuść mnie.”
„Dlaczego?” – droczył się z wyraźną satysfakcją. „Chyba po tym wszystkim należy mi się parę słów wyjaśnień.”
„A co tu wyjaśniać!” – wybuchłam – „To Ty masz chore wyobrażenie o mnie! Myślisz że traktuję Cię z góry, bo mam więcej pieniędzy? Czy to jest moja wina? I czy to znaczy, że jestem zepsuta do szpiku kości? Nigdy w życiu nie pomyślałam tak o Tobie! Imponujesz mi jak mało kto, a le Ty widzisz we mnie tylko zadufaną w sobie dziedziczkę fortuny rodziców. Dosyć tego.”
W milczeniu patrzył na mnie oczami smutnymi jak zbity pies. Po moich policzkach mimowolnie potoczyły się dwie perliste łzy. Dopiero ten widok przedarł się przez jego harde jak stal wnętrze. Po chwili wydusił nieśmiało:
„Weronika… Ja nie chciałem, żebyś tak to odebrała. Po prostu… czuję się jak Twój szofer, nawet gdy masz na sobie tylko zwykłe spodnie i sweter. Zobacz, ja jestem nikim. Masz wspaniałego faceta i żyjesz w sposób, jakiego ja nigdy nie mógłbym Ci zapewnić. Chciałbym dla Ciebie jak najlepiej… A już na pewno nie chciałem, żebyś teraz płakała…”
Przesunął dłonią po moim policzku i otarł łzy.
„Jestem idiotą…” – wyszeptał i spuścił wzrok.
Milczeliśmy jak zaklęci, wpatrując się w czubki swoich butów. Trwało to kilka minut. Po tym czasie przygarnął mnie ramieniem i mocno pocałował. Próbowałam się mu oprzeć, jednak był dużo silniejszy i ostatecznie poddałam się mu bez reszty. Pragnęłam go niezmiennie, jak dawniej, pomimo tylu gorzkich słów, które od niego usłyszałam. Miał trochę racji i w rzeczywistości zupełnie nie dziwiłam się jego procesom myślowym, z tym że nigdy nie wyjawiłam mu tego, jak bardzo nie obchodzą mnie jego zarobki, pochodzenie i wiek auta. To nasze wzajemne zrozumienie, przebaczenie i chęć naprawy relacji przerodziły się w zupełnie nowe pragnienie, którego nie sposób było okiełznać. Odsunął swój fotel maksymalnie do tyłu, aby zrobić miejsce dla mnie. Nie czekając ani chwili dłużej wskoczyłam pod kierownicę i zaczęłam dobierać się do jego rozporka. Ciężko dyszał, pomagając mi rozpiąć pasek, a potem rozporek. I wreszcie odsłonił przede mną całe swoje bogactwo… Olbrzymiego, apetycznego penisa, który dumnie prężył się w kierunku moich ust. Lewą dłoń skierowałam na jego dorodne klejnoty, rozpoczynając ich delikatny i subtelny masaż. Widząc, jak rozkosznie drży pod wpływem mojego dotyku, prawą ręką ujęłam jego sztywnego przyjaciela, a sam czubek zanurzyłam w swoich ciepłych i spragnionych ustach. Jego ciężkie palce powoli wplotły się pomiędzy kosmyki moich włosów, a wówczas ja pochłonęłam go jeszcze głębiej. Zamknął oczy i odchylił głowę ku tyłowi, pozwalając mi cieszyć się każdym centymetrem jego ciała. Chciałam pokazać mu, jak bardzo zakochałam się w jego cielesności i dlatego dokładałam wszelkich starań, aby ten wyjątkowy moment zapamiętał jako najbardziej ekscytujący z swoich męskich doznań. Zanurzałam go w sobie coraz głębiej i ciaśniej, oplatając sensualną grą języka. Niespodziewanie wytrysnął w głąb moich migdałków swoją potężną dawką męskiej rozkoszy, a ja przełknęłam ją ze smakiem, oblizując spracowane usta. Spojrzał na mnie w dół, rozczulony jak nigdy dotąd.
„Chyba jestem Ci coś winien…” – wyszeptał, schylając się ku mojej twarzy.
Z seksualnego transu wyrwało nas głośne stukanie w szybę?
„Zepsuł się? Może pomóc?” – zapytał podstarzały jegomość. Gdy jednak zauważył w jakiej sytuacji się znajdujemy, rozczerwienił się jak burak i szybko zmył z miejsca. Nie czekaliśmy jednak, nim pojawi się kolejny gap. Bez słowa zajęliśmy swoje miejsca i ruszyliśmy w dalszą podróż.

To jeszcze nie koniec tej historii!

Weronika

czwartek, 30 kwietnia 2015

Największe z seksualnych doznań to zaskoczenie!

Od niespodziewanego prawie-wypadku na placu budowy minęło już kilka dni, a ja wciąż nie przestałam myśleć o tym, co wydarzyło się podczas obiecanego spotkania. Do teraz, kiedy przypominam sobie tę noc… mam dreszcze. Piekielnie podniecające dreszcze. I apetyt na więcej.

Ale zacznijmy od początku.

Wszelkie sprawy związane z działalnością firmy udało mi się streścić do zaledwie godzinnej pracy, tak więc jeszcze przed południem mogłam spokojnie opuścić biuro. Wracając taksówką do domu, wciąż myślałam o tym, w jaki sposób będzie przebiegało nasze spotkanie… zwłaszcza, ze zaproponowana przez niego nazwa restauracji nie kojarzyła mi się z żadnym eleganckim lokalem w centrum, w których przecież tak często bywam. Cokolwiek zaplanował dla nas dwojga, mogło być zarówno bardzo dobre, jak i wyjątkowo słabe i nieinteresujące. Dlaczego w ogóle zgodziłam się na randkę z nieznajomym facetem, który absolutnie nie jest w moim typie? Do końca nie byłam pewna swoich przemyśleń i reakcji. Czasem mój mózg płata mi całkiem dziwaczne figle.

Mała czarna? A może jeansy i sweter? Po raz pierwszy w życiu tak naprawdę nie wiedziałam, jak przygotować się na spotkanie. Ostatecznie, po długim rozważaniu wszelkich „za” i „przeciw” w wannie pełnej gorącej wody doszłam do wniosku, że bardziej przystoi mi pokazać się w niszowej knajpce, ubranej w elegancką sukienkę, niż luksusową restaurację odwiedzić w spodniach i dzianinowym kardiganie. A jeśli stylizować się elegancko, to tylko w pełnym tego słowa znaczeniu. Czarna mini, gustowny, lecz nieco wyzywający dekolt, krwiście czerwone szpilki, podobnie jak usta, modny żakiet oversize, złoty zegarek, złote dodatki, mała, lakierowana kopertówka. Gotowe! Wsiadając do zamówionej wieczorem taksówki, poczułam się lekko spięta i zdenerwowana. Do tej pory, gdy udawałam się na „potajemne” randki, towarzyszyły mi raczej podniecenie i ekscytacja. Wtedy również czułam pewien rodzaj emocjonalnej ekscytacji, jednak podszyta ona była strachem i niepewnością. Dlaczego tego dnia zdecydowałam się również na wybór czerwonej bielizny? Koronkowego, prześwitującego biustonosza i niemal półprzezroczystych stringów? Przecież nie planowałam nic więcej, ponad dobrą kolacją i kilkoma lampkami wina… o żadnej łóżkowej relacji zwyczajnie nie mogło być mowy. Więc skąd to dziwne mrowienie w podbrzuszu?

Zatrzymaliśmy się około 3, może 4 km od centrum.
„To tutaj – rzucił w moją stronę wąsaty taksówkarz – a tą ulicę to znajdzie Pani bez problemu. Do końca tej alejki i w prawo.”
„Dziękuję Panu.” – odparłam uprzejmie, wręczając mu odpowiedni banknot. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi ruszył z piskiem opon, jak gdyby w obawie, że zechcę upomnieć się o resztę. Powędrowałam więc spokojnie przez zaciemnioną alejkę, mijając po drodze kilka niszowych barów. Moje nerwy znów dały o sobie znać. Niewiele myśląc przekroczyłam próg pierwszej lepszej pijalni i zamówiłam 2 szklanki czystej whisky z lodem. Na koniec jeszcze spory kieliszek wódki. Kiedy po moim ciele rozpłynęła się fala ciepła poczułam, że jestem już gotowa stawić czoła wyzwaniu. Nawet mój humor poprawił się nieco… choć chyba przesadziłam z ilością spożytych tego dnia trunków. Chwiejnym krokiem dotarłam do umówionej restauracji. Kątem oka dostrzegłam przez szybę, jak czeka na mnie z bukietem różowych frezji (moich ulubionych!). Pewnym krokiem weszłam do środka i… ogarnęło mnie zdumienie. Lokal, choć nie należał do ekskluzywnych, z pewnością nie był również tani. Lecz klimat, który w nim panował, warty był każdej złotówki! Przytulnie, ciepło, cicho i intymnie… a wystrój – jakiż on był piękny i wysublimowany. Mój gust, mój smak, moje wymagania spełnione w 100%. Nim jeszcze zdążyłam dotrzeć do stolika, mężczyzna wstał i odsunął mi krzesło, zachowując się w ten sposób jak na prawdziwego gentlemana przystało.
„Dziękuję Ci…” – zająknęłam się. Przecież nie znałam jego imienia.
„Michał.” – odparł łagodnie. „A więc na co masz ochotę, Weroniko? Zamówiłem wspaniałe wino. Spróbuj!”

Jeszcze nigdy nie słyszałam, by ktokolwiek mówił w tak ciekawy i interesujący sposób. Każde jego słowo chłonęłam niczym gąbka, podobnie jak wyborne wino, którym wciąż nie przestawał mnie raczyć. W pewnym momencie zwyczajnie zdałam sobie sprawę, że w nim jest coś wspaniałego, prostego i szczerego, co sprawia, że zwyczajnie chce się cały czas przebywać w jego towarzystwie. Pomyślałam, że mogłabym rozmawiać z nim przez całą noc, jak gdybym po latach wreszcie odnalazła pokrewną mi duszę. Lecz godziny płynęły jak wartki strumień i nieubłaganie nadszedł czas rozstania. Wychodząc na zewnątrz chwyciłam za telefon, by zamówić dla siebie taksówkę. On jednak miał znacznie lepszy pomysł:
„Wiesz, nie chciałbym, żebyś się przestraszyła mojej propozycji, ale myślę, że fajnie byłoby przedłużyć nieco to spotkanie. Mam w mieszkaniu butelkę 30-letniej whisky… wspominałaś, że lubisz… myślę, że to bardzo dobra okazja, by ją otworzyć.”
Mnie jednak nie interesował alkohol, a jedynie jego wspaniałe towarzystwo. Bez większego namysłu zgodziłam się. Przecież nie wyglądał na psychopatycznego mordercę. Wsiedliśmy do jego czarnego SUV’a i zaczęliśmy przemieszczać się poza miasto, w otoczeniu doskonałej muzyki, płynącej z dobrze-brzmiących głośników. Muszę przyznać, że ma znakomity gust. Pomruczęliśmy razem popularny kawałek Johna Mayera, a potem… najzwyczajniej w świecie zasnęłam.

Pamiętam, jak przez mgłę, że te silne i męskie ramiona odpięły moje pasy i uniosły mnie, niczym piórko. Zapach klatki schodowej, dźwięk windy… nie pamiętam, które było to piętro. Szczęk klucza i zapach drewna w przedpokoju. Ułożył mnie delikatnie na łóżku w sypialni, a potem jedna po drugiej, zdjął ze mnie szpilki, żakiet i biżuterię. Na moment znów straciłam świadomość. Zbyt duża ilość alkoholu uderzyła moją świadomość obuchem, tak więc świadomość odzyskiwałam jedynie na krótkie momenty. Jego ciepłe i drżące palce przeciągały teraz suwakiem po plecach… zsunęły z ramiączka… a cała sukienka w kilka sekund znalazła się poza zasięgiem mojego ciała. Wodząc ciepłymi ustami po moich udach, delikatnie zsunął z nich pończochy. Dopiero gdy pozostałam w samej bieliźnie okrył mnie puszystą i pachnącą kołderką… a wówczas odpłynęłam już zupełnie w krainę nieświadomości…

Kiedy ocknęłam się ponownie, wstawał już nowy dzień. Słońce nieśmiało wdzierało się przez zaciągnięte rolety, rozpościerając po jasnym pokoju złotą i ciepłą smugę. Nim otworzyłam swe powieki odpowiednio szeroko, poczułam na swoich piersiach te same, spracowane dłonie i usta okolone obfitą, lecz cudownie miękką brodą, pachnącą drogocennymi olejkami…
„Księżniczko…” – wymruczał do mojego ucha – „Cieszę się, że już się obudziłaś. Masz na coś ochotę? Może śniadanko? Soczek?”
Podniosłam się zszokowana, rozglądając się nerwowo za swoim odzieniem.
„Hej, Skarbie, nie wstawaj… Powiedz tylko na co masz ochotę – ja wszystkim się zajmę.”
„Czy my… tej nocy…”
„Jeszcze nie, moja Pani. Jeszcze nie… Chociaż Twoje rączki nie były tak grzeczne. Rozebrałaś mnie… i dotykałaś… nie pamiętasz?”
„Nie…”
„Przypomnij sobie…” – wymruczał, kładąc moją dłoń na swojej zdumiewającej erekcji. A ja znów poczułam nagły przypływ podniecenia.
„Przypomniałaś sobie?” – zapytał, wsuwając swoją dłoń pod bieliznę… – „Oh tak… czuję, jaka jesteś wilgotna… Co z tym zrobimy?”
„Wykorzystamy okazję?”
„Jak sobie życzysz, Skarbku.”
Rzucił się na mnie i całą swoją siłą przycisnął do materaca. W pośpiechu odchylał moje stringi i zanurzając swoją głowę pomiędzy moje rozedrgane uda, dał popis swoim umiejętnościom. Nie wyglądał na faceta, który w swoim życiu zadowolił wiele kobiet, a jednak to nie przeszkodziło mu w mistrzowski sposób doprowadzić mnie do zupełnej ekstazy. Kwiliłam, by zechciał wypełnić mnie swoją męskością aż po brzegi, lecz on niewzruszenie kontynuował lubieżny taniec języka dokoła mojej łechtaczki. Dopiero gdy nasycił się słodyczą mojej soczystej i słodkiej brzoskwinki wreszcie nasunął się na mnie i wpijając się w moje usta z niewyobrażalną siłą natarł na moją kobiecość. Był tak olbrzymi i sztywny, że mogłam pomieścić w swoim wnętrzu jedynie niewiele ponad połowę z jego obfitości. Przesunął się we mnie powoli kilka razy, a widząc, jak niesamowitą przyjemność mi to sprawia, nabrał szaleńczego tempa. Pragnęliśmy siebie nieustanie od momentu, gdy przekroczyliśmy barierę cielesnej bliskości, a zwieńczeniem tej dzikiej żądzy mógł stać się jedynie wyjątkowy orgazm, wokół którego teraz skupiały się moje myśli. Czułam rozkosz, która wzbierała we mnie jak rzeka po sowitej burzy… chłonęłam zapach jego skóry i drżące dłonie ściskające moje piersi. Odwrócił mnie na brzuch i ponownie ze spokojem wypełnił moją ciasną szczelinkę w pozycji na pieska. Oddychał coraz szybciej i głośniej, wtórując nieokiełznanym jękom dobywającym się z mojego gardła. Czułam, że był już bardzo blisko, gdy delikatnie wysunął się ze mnie i nie pytając o pozwolenie… tak po prostu przecisnął się w głąb mojej drugiej szczelinki i złożył w niej swój nektar męskości, jednocześnie stymulując mój punkt G za pomocą grubego i twardego, lecz niesamowicie delikatnego palca. Dochodziliśmy w idealnym rytmie, synchronicznie i powoli, delektując się każdą sekundą perfekcyjnego dopasowania naszych ciał. Wreszcie wysunął się ze mnie i ułożył obok mnie, próbując złapać oddech.
„Nie wiem jak dobrym kochankiem jestem… Ale zdaje się, że było Ci całkiem dobrze.”
„Tylko dobrze? Było tak, że aż mam nadzieję na kolejne spotkanie.”
Pogładził mnie otwartą dłonią po policzku.
„Co tylko sobie życzysz, Skarbie… Czego tylko chcesz…”

Weronika

czwartek, 23 kwietnia 2015

Obserwator na spektaklu naszych ciał…

Typowy nudny dzień spędzony w pracy. Już o 11 odrobiłam całą swoją „pracę biurową” i właściwie mogłam wybrać się do domu, albo na zakupy. Niestety o 16 czekało na mnie jeszcze ważne spotkanie, gdyż lot mojego kontrahenta z UK odbył się z opóźnieniem, o czym zostałam wcześniej poinformowana. Tak więc nie pozostało mi nic innego ponad przeglądanie internetu, układanie długopisów w równy rządek i objadanie się owsianymi ciasteczkami. Ciepłe i względnie świeże na tej wysokości powietrze wpadało do mojego gabinetu i łagodnie rozpływało się po oblanym słońcem biurku. Postanowiłam zaczerpnąć go jeszcze więcej i w tym celu udałam się na niewielki balkon. Przeciągnęłam się z gracją zbudzonej wczesnym rankiem kocicy i zamknęłam oczy, wsłuchując się w szum miasta, samochodów, rozmawiających ludzi przechodzących poniżej, aż po dźwięki budowlańców pracujących przy kolejnym biurowcu, wznoszącym się dokładnie na wprost. Nagle zauważyłam, że na moich lakierowanych czarnych szpilkach osiadł paskudny pył. Schyliłam się nieco aby strząsnąć go z czółenek. I wtedy usłyszałam charakterystyczne gwizdy i niewybredny rechot. Cóż. Nie mogło to skończyć się inaczej, gdyś właśnie zaprezentowałam swoją pupę w krótkiej spódniczce panom robotnikom popijającym kawę na równoległym piętrze sąsiedniego budynku. Posłałam im spojrzenie pełne zgrozy.
„Ej, mała, nie za kusa ta spódniczka? Może podciągnij ją jeszcze wyżej. Chętnie popatrzymy…”
Ponownie zaśmiali się, lubieżnie pogwizdując. Nie zamierzałam wdawać się w dyskusję z tymi typami i dlatego pospiesznie opuściłam balkon. Kątem oka dostrzegłam, że i oni zmyli się ze swoich pozycji.

Niespodziewanie do moich drzwi zapukał gość. Byłam tym bardzo zdziwiona, bowiem o wszelkich wizytach moja asystentka powiadamia mnie telefonicznie lub osobiście. Musiał być to więc ktoś bliski… Oczywiście – Wiktor.
„Witaj Kochanie” – rzuciłam od progu, próbując pocałować go w policzek. Ku mojemu zaskoczeniu Wiktor rzucił się na mnie, przypierając do ściany.
„Skarbie, co Ci się stało?” – zapytałam zaskoczona, przerywając na chwilę gąszcz pocałunków, którym mnie obsypał.
„A czy coś musiało się stać?” – wysapał mi nad uchem – „Po prostu mam na Ciebie ochotę… Jestem strasznie podniecony… Wera… zrób coś z tym. Ty wiesz, jak mi dogodzić…”
„Wiktorze! Przywołuję Cię do porządku” – zaśmiałam się. – „ Nie pomyśl sobie czasem, że będziesz przychodził tu jak do agencji towarzyskiej i zaspokajał swoje potrze…”
Nie dokończyłam zdania – zasłonił moje usta ręką.
„Miiiiiilcz…” – wysapał. W jego oczach dostrzegłam seksualną agresję, którą przecież tak uwielbiam. Nie zawsze lubię dominować. Czasem dla odmiany wolę poczuć się zdominowaną, uległą, podporządkowaną wszelkim zachciankom. I taką właśnie stałam się w tej chwili. Wciąż tkwiliśmy pod ścianą, gdy w pośpiechu zadzierał moją spódniczkę w górę i drapiąc paznokciami po pośladkach zrywał ze mnie stringi. Nie była to jednak najwygodniejsza pozycja do zaspokojenia męskich żądzy i dlatego przeniósł mnie na biurko, kładąc na drewnianym blacie plecami. Sam zaś z szybkością odrzutowca zanurkował między moimi udami i pchnął… bardzo mocno. Mebel zatrząsł się pod natłokiem naszych wyuzdanych ruchów, a równo ułożone długopisy sturlały się na podłogę.
„Mocniej, Kochanie, och, taaaaaak!” – mruczałam, dostarczając mu dodatkowej dawki stymulacji. Im głośniej pojękiwałam i wzdychałam, tym mocniej penetrował moje rozedrgane z rozkoszy łono. Wreszcie odwrócił mnie na brzuch, i przytrzymując dłońmi oba pośladki wtargnął we mnie aż po same klejnoty męskości. Tym razem mój krzyk ekstazy słychać było w całym departamencie. Jestem tego niemal pewna. Zacisnęłam mięśnie w oczekiwaniu na przyjęcie jego rozkoszy… I wreszcie odgiął głowę w tył, a jego pulsująca męskość wypełniła całe moje wnętrze przyjemnie ciepłym nektarem rozkoszy… I wtedy go zauważyłam – przez niezaciągnięte rolety przyglądał się tej sytuacji pracownik budowlany w żółtym kasku. Z szeroko otwartymi oczami i wypiekami na twarzy chłonął każdy obraz, jaki zaprezentowaliśmy przed chwilą ja i Wiktor. Jednocześnie zawstydziła mnie obecność podglądacza, a z drugiej strony…. było to całkiem podniecające. Nie wspomniałam o tym fakcie Wiktorowi, nawet gdy podciągał spodnie.

„Biegnę na spotkanie, Kochanie. Widzimy się wieczorem.”
„Jak to?” – zapytałam zaskoczona – „Wpadłeś tu tylko po to, żeby mnie przelecieć?”
„Dokładnie tak. I wiem, że uwielbiasz takie akcje. Znam Cię nie od dziś…”
Zaśmiałam się, a on ponownie ucałował moje czoło.
„Do wieczora.”
„Powodzenia.”
Zamknął drzwi. Momentalnie podbiegłam do okna w poszukiwaniu owego podglądacza. Nie było go tam. Może zorientował się, że został zauważony? A jeśli zajął się pracą?

To już nie ważne. Do spotkania zostało jeszcze kilka godzin. Zajęłam się przygotowywaniem dokumentacji i zapomniałam o całej sprawie.

Weronika

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

W erotycznym transie…

Błoga cisza, upragniony spokój. Siedziałam na tarasie sącząc popołudniową kawę i słuchając wyciszającej muzyki. Wiktor miał wrócić ze spotkania za niecałą godzinę, tak więc resztkę wolnego czasu postanowiłam wykorzystać na wspaniały relaks na świeżym powietrzu. Niespodziewanie moją ucztę muzyczną przerwał telefon od… Leny! Wyjątkowo długo jej nie słyszałam. A przecież to moja wieloletnia przyjaciółka.
„Weronika… ja mam do Ciebie ogromną prośbę. Musisz mi pomóc. Jesteś przecież spokojniejsza w tych sprawach niż Marcela i dlatego to właśnie Ciebie chciałabym prosić o tą przysługę.” – szczebiotała do telefonu przejętym głosem.
„Lena, powoli. Wytłumacz mi, o co chodzi? Na pewno Ci pomogę, jeśli tylko będę mogła.”
„Widzisz, chodzi o to, że na portalu randkowym poznałam fantastycznego doktora… Ale on nie ma żadnego zdjęcia. I do tego jest psychiatrą! Zaproponował mi spotkanie, ale obawiam się, że przypadkowo umówię się z kompletnym wariatem. Do tego niezbyt przystojnym… Bo wiesz, gdybyś poszła do niego na prywatną wizytę, dowiedziałabyś się, jaki jest i czy warto przenosić tą znajomość na realną płaszczyznę.” – recytowała niestrudzenie.
Nie ukrywałam przed Leną swojego rozbawienia i zaskoczenia.
„Kochana, oczywiście – z przyjemnością Ci pomogę! Spotkam się z nim kiedy tylko zechcesz. Może to być nawet dzisiaj.”
„To świetnie!” – wykrzyknęła uradowana – „W takim razie umówię Cię dziś na 21:00! Adres prześlę SMSem. Ciao!”
I rozłączyła się pospiesznie, jak gdyby bała się, że nagle zmienię zdanie. Cóż, prawda jest taka, że tylko zażartowałam z tym „dziś”. Ale każdej obietnicy należy dotrzymywać i tej zasady będę się kurczowo trzymać.

W recepcji przed gabinetem doktora X pojawiłam się jakieś 5 minut po umówionej godzinie. Niestety, ale zrobienie się na bóstwo zajmuje nieco czasu. Pragnąc wybadać stosunek owego Pana do obcych pacjentek założyłam na siebie wysokie, lakierowane, czerwone szpilki na platformie i obcisłą, grafitową sukienkę z wyrazistym dekoltem. Odpowiednia fryzura i makijaż również dodawały uroku mojej stylizacji. Wiedziałam, że jeśli jest on typem bezwzględnego bawidamka, to nie będzie w stanie mi się oprzeć i cała prawda o jego podstępnych, uwodzicielskich zamiarach zwyczajnie wyjdzie na jaw.
„Pani Jowska?” – grubawa recepcjonistka zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów.
„Tak, to ja.” – odparłam nieco speszona.
„Doktor X już na panią czeka. Jest pani ostatnią pacjentką, a ja już kończę pracę, więc jeśli doktor wypisze pani jakiekolwiek dokumenty medyczne, proszę zostawić ja na moim biurku. Do widzenia.”
Skinęłam twierdząco głową i udałam się za ciężkie, drewniane drzwi.

Znalazłam się w nieco zaciemnionym gabinecie, pełnym klasycznych mebli – drewnianych regałów z setkami książek, rzeźbionych ręcznie etażerek, kredensów i przeszklonych szaf z preparatami ludzkich mózgów. Pomimo tak upiornego pierwszego wrażenia pomieszczenie miało swój wyjątkowy klimat – niepowtarzalną duszę, która intrygowała i zachęcała swoją tajemniczością. Pośrodku obszernego pokoju z antresolą znajdowało się ciężkie, dębowe biurko. Tuż przed nim ustawiono stylową „leżankę”, dwa wygodne fotele oraz niewielki stolik – a na nim karafka z wyborną zapewne whisky i dwie kryształowe szklanki. Innymi słowy – poczułam się jak w amerykańskim filmie, który niewiele miał wspólnego z polską rzeczywistością. Na pokrytych ciemnoczerwoną farbą ścianach powieszone zostały prawdziwe obrazy w złotych, lekko poczerniałych ramach, wyprawiona skóra czegoś, co przypominało srebrnego wilka, do tego imponujące poroże w centrum, pod którym umieszczono pokaźną kolekcję dyplomów, certyfikatów i wyróżnień. Zapowiadało się na to, że wizyta ta nie będzie aż tak nudna i przewidywalna, jak początkowo przypuszczałam. Zdając sobie sprawę, że już od kilku minut samotnie krążę po gabinecie, otulona żółtym i ciepłym, lecz słabym światłem wolno stojącej lampy, poczułam się nieco dziwnie i niepewnie. Może doktor również opuścił swoje miejsce pracy? Rozważając możliwe scenariusze zbliżyłam się do wspaniałej repliki Venus z Milo, która jako jedyna nie pasowała do tego bardzo wydumanego stylistycznie wnętrza. Dotykałam jej gładkiego i chłodnego ciała z kamienia, fascynując się jak nigdy wcześniej.
„Jest piękna, nieprawdaż?”
Kto to powiedział? Przerażona rozejrzałam się dokoła i nie dostrzegłam żywej duszy. Wtedy uniosłam oczy ku górze…
Na ciężkim balkonie drewnianej antresoli stał Pan X. Zapewne obserwował mnie od dłuższego czasu. Dlaczego nie odezwał się wcześniej? Spodziewałam się psychologicznych zagrywek z jego strony… W mroku półpiętra nie mogłam dostrzec niczego więcej ponad jego elegancką koszulę w kolorze écru z poluzowanym guzikiem pod szyją, a także dobrze dopasowane spodnie i pasujące do nich czarne buty. Widząc, że nie mogę wydusić z siebie żadnej odpowiedzi, powoli zszedł po schodach i zbliżył się do mnie, podając mi nalaną wcześniej porcję trunku.
„Usiądź proszę.”
Posłusznie zajęłam miejsce na fotelu, dokładnie naprzeciwko i bardzo blisko. Nasze kolana praktycznie stykały się ze sobą. Doktor wciąż milczał, świdrując mnie swoimi czarnymi jak węgle oczami, uśmiechając się łagodnie i spokojnie. Czy był przystojny? Gładko ogolony, ciemne włosy ułożone na pomadzie, niczym w latach 60, mocne rysy twarzy, wydatne kości policzkowe i rumiane usta. Choć wiele kobiet widziałoby w nim ideał mężczyzny, dla mnie nie był on wymarzonym fenotypem, zwyczajnie odbiegającym od ulubionych cech męskich. Miał jednak w sobie coś, co przyciągało jak magnes, zawstydzało i krępowało, a jednocześnie sprawiało, że chciałoby mu się opowiedzieć całą historię swojego życia, z najdrobniejszymi szczegółami – nawet tymi najbardziej intymnymi.
„Ma pani wyjątkowe perfumy. Róża, frezja, piwonia i liczi. To wiele mówi o Pani. Nie wyczuwam tu nuty strachu – lubi Pani podejmować ryzyko i czerpie z życia garściami. Klasa i wdzięk. Kobiecość i łagodność…. a jednak dusza nie taka niewinna.” – wyrecytował z powagą.
Zaskoczona wzięłam głęboki łyk palącej whisky.
„Więc z jakim problemem Pani do mnie przychodzi?” – zapytał wreszcie.
„Ja… nie mam problemów. Po prostu chciałabym poznać siebie bardziej i głębiej. Zanalizować swoją osobowość i pragnienia. Dowiedzieć się, kim jestem…”
Mój monolog przerwała mi szczupła dłoń nasuwająca się na moje kolano i masująca skórę coraz wyżej i głębiej ku wnętrzu ud. Przeszyły mnie dreszcze, a kolejne słowo stanęło w gardle niczym rybia ość. Nie mogłam opanować drżenia całego ciała, co oczywiście nie uszło jego uwadze.
„Proszę nie bać się i nie denerwować. Muszę poznać rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. Ja znam już odpowiedzi na każde Pani pytanie. Chcę teraz wszystko wyjaśnić i pokazać, Pani Weroniko. Proszę położyć się wygodnie…
Dźwięk metronomu, rytmiczne stukanie metalu o drewno, jego oczy utkwione w moich piersiach i chłodne dłonie muskające moje drżące uda.
Odpłynęłam daleko. W nieznaną mi rzeczywistość.
(ciąg dalszy nastąpi niebawem…)

Weronika

piątek, 10 kwietnia 2015

Erotyczny aperitif.

Było już późne popołudnie, gdy kończyłam przygotowywać obiad dla drzemiącego na kanapie Wiktora. Soczysty kawałek mięsa już rumienił się w piekarniku, a cała kuchnia wypełniła się wspaniałymi aromatami świeżych warzyw i ziół prowansalskich. Taki sielski klimat, który od kilku dni przejął stery w naszym domu, działa na mnie zdecydowanie lepiej, niż relaksacyjna wizyta w najdroższym spa. Odprężona, spokojna, zasłuchana w rytmiczne postukiwanie wskazówek zegara, rozmyślałam o możliwościach spędzenia nadchodzących wakacji…

Niespodziewanie w kuchni zjawił się półnagi Wiktor i zakradając się do mnie od tyłu złożył na moich ustach najczulszy pocałunek.
„Och, Kochanie! Myślałam, że jeszcze śpisz.” – uśmiechnęłam się serdecznie ku jego zaspanej twarzy.
„Obudziły mnie dobiegające z kuchni aromaty… Co przygotowujesz?” – wymruczał tuż przy mojej szyi, nie wypuszczając mnie z objęć.
„Zobaczysz! To taki mały eksperyment kulinarny. Mam nadzieję, że będzie Ci smakować.”
„Skarbie… i tak najsmaczniejszym kąskiem w jadalni zawsze będziesz Ty…” – szepnął mi do ucha, figlarnie łaskocząc skórę powyżej bioder. Zaśmiałam się i odwróciłam w jego stronę.
„A nie myślałeś już o rezerwacji urlopu w Hiszpanii? Marcela mówiła mi, że są teraz świetne oferty wypoczynkowe na Teneryfie. Co Ty na to?”
Wiktor nieco zamyślił się i utkwił swoje mądre oczy w wiszącym tuż nad nami żyrandolu. Na moment spoważniał, ale potem jego mina znów zrobiła się wesoła. Posyłając w moją stronę ten dobrze znany mi lubieżny uśmieszek, ponownie pochylił się nade mną i odrzekł:
„Wolę Tajlandię.”
Cóż. Zaskoczyła mnie jego propozycja.
„Tajlandia? A może Korea Północna?” – zaśmiałam się życzliwie – „Przecież wiem, że od niedawna nie przepadasz za tymi klimatami…”
„Masz rację… Nie przepadam.” – przyznał szczerze – „Ale nie interesuje mnie plaża, woda i picie drinków przy hotelowym basenie. Chciałbym spróbować czegoś innego, świeżego…”
„Co masz na myśli?”
„Rozmawiałem ze znajomym, który wrócił stamtąd kilka tygodni temu. Podobno na całym świecie nie ma tak atrakcyjnych kobiet, jak rasowe Tajki. Zadbane, wypielęgnowane i zawsze chętne.”
„I większość z nich to prostytutki…” – wtrąciłam z przekąsem.
Wiktor znowu zaśmiał się perliście, przyciskając się do mnie szerokimi biodrami.
„A jakie to ma znaczenie… Mam ochotę na niezobowiązującą przygodę z jakąś śliczną Azjatką. I nie mów mi, że jesteś zazdrosna!”
Milczałam, a on rozciągnął palcami moje powieki, układając je na kształt skośnookiej piękności.
„Podobno potrafią doprowadzić faceta do orgazmu w dwie minuty… i tylko ustami.” – rozmarzył się.
„Myślisz, że Europejki tego nie potrafią?” – odparłam z udawanym oburzeniem.
„Ciężko stwierdzić. Musiałbym mieć porównanie…”
Mówiąc to lubieżnie wsunął swój palec pomiędzy moje wargi, a ja zassałam go i oblizałam delikatnie. Wiedziałam już, że od początku tylko prowokował mnie tą historyjką, aby tylko dostać to, czego bezsprzecznie pragnął w tej chwili.
„Masz ochotę na deser przed obiadem? Sprytnie to rozegrałeś…” – wymruczałam schylając się i opuszczając w dół jego bokserki.
„Jaki tam deser… Przecież to zaledwie przystawka.”
Jeśli marzył wtedy o szybkim zaspokojeniu swoich żądzy, to mógł jednocześnie rozczarować się i słodko zaskoczyć. Doświadczenie z mężczyznami nauczyło mnie, że zabawę z ich niezwykle czułymi i delikatnymi klejnotami należy zaczynać od wszelkich innych okolic… aby wyzwolić apetyt na więcej. W kwestiach apetytu, mój Wiktor jest strasznym głodomorkiem, bowiem już po minucie subtelnych muśnięć dłońmi po udach, seksownego drapania podbrzusza i składania soczystych pocałunków tuż przy jego nabrzmiałym przyjacielu, za wszelką cenę próbował sprowokować mnie do wypełnienia ust całą jego objętością. Pozostawałam obojętna na te wyraźne sygnały, stopniowo przechodząc do oralnych pieszczot jego męskich klejnotów. Wilgotnym i ciepłym językiem wodziłam po całej pokaźnej objętości moszny, zwracając szczególną uwagę na wyjątkowo czuły szew znajdujący się pośrodku. Wargami łagodnie szczypałam napiętą skórę, aby zaraz potem rozmasować to miejsce precyzyjną opuszką palca. Druga dłoń powędrowała w okolice jego prostaty, masując ją przez lekko rozchylone krocze. Teraz Wiktor nawet nie próbował ukryć wstrząsających nim dreszczy. Był już gotowy na zanurzenie się w głębokości mojego gardła, toteż powoli wsunęłam czubek jego penisa pomiędzy puszyste wargi. Zasysając szczelnie przestrzeń wokół niego, wprowadzałam go coraz głębiej i głębiej, wolną dłonią przesuwając po sztywnym i twardym czole. I choć był już maksymalnie pobudzony, to wciąż czułam, jak pęcznieje w moich ustach. Wreszcie Wiktora ogarnęła tak niesamowita i nieokiełznana żądza rozkoszy, że wplótł swoje dłonie pomiędzy moje włosy i gwałtownie przymusił do zasmakowania prawie całych jego wymiarów. Wystarczyło kilka takich mocnych ruchów, a moje gardło obficie wypełniło się jego słodkim nektarem, który spijałam z niego do ostatniej kropli, do ostatniego orgazmicznego pulsu…

Wiktor spojrzał na mnie z góry, gdy jeszcze posłusznie klęczałam u jego stóp.
„Wiesz co? Nie mogę uwierzyć, że po tylu latach potrafisz robić to jeszcze z taką pasją…”
„Miałem wiele kobiet…” – dodał po chwili – „…ale ty jesteś wyjątkowa.”
Uśmiechnęłam się do niego, posyłając mu serdeczne spojrzenie. Chyba jeszcze nie wie, że istnieją na świecie kobiety, które pasjonują się fizyczną namiętnością i obdarowywaniem nią innych.

Weronika

czwartek, 2 kwietnia 2015

Magia subtelnych pieszczot piersi…

My kobiety uwielbiamy zakupy! Oczywiście nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Po prostu kochamy wyglądać modnie, seksownie i zwracać na siebie pożądliwe spojrzenia mężczyzn, ewentualnie wywoływać zazdrość mniej dbających o siebie przedstawicielek płci pięknej. W tym miejscu nasuwa mi się pewna refleksja. Wiele z nas twierdzi, że piękny, zdrowy i rześki wygląd jest jedynie zasługą zasobnego portfela. Otóż taki pogląd wcale nie jest prawdziwy! O kondycję skóry i ciała najlepiej zadbać od wewnątrz, odżywiając się zdrowo i uprawiając sport – ten na świeżym powietrzu jest tak samo efektywny, co ten, pod okiem trenerki fitness-clubu! A ubrania? Modna galanteria? Biżuteria, buty i inne dodatki? Nawet w sklepach z używaną odzieżą lub centrach wyprzedażowych można złapać naprawdę wyjątkowe kąski! I choć nieskromnie przyznam, że stać mnie na najnowsze projekty, prosto z Mediolanu, to rzadko kiedy zaopatruję się w produkty tak wysokiej klasy. Nie ma sensu przepłacać za markę, najważniejsza jest jakość i wygląd. Drogie panie – czas skończyć zazdrosnymi spojrzeniami na celebrytki z pierwszych stron gazet. Wystarczy dokonywać rozsądnych wyborów, planować swój budżet i cieszyć się urokami kobiecego życia. A uśmiech to podobno najsilniejsze z narzędzi sekretnego, damskiego seksapilu ;)

Dość już dobrych rad – w końcu żadna ze mnie blogerka modowa, ani też ciocia dobra rada. Jednak ten wstęp może skutecznie wam uświadomić, dlaczego na zakupy wybrałam się do zwykłego centrum handlowego, zamiast do Paryża lub Londynu, jak zwykło to robić wiele ze znajomych mi kobiet. Cel miałam tylko jeden – bielizna. Nie dalej niż wczoraj otrzymałam na maila ze znanej mi sieci bon rabatowy -50%. Postanowiłam go wykorzystać na zakup nowego biustonosza w kolorze płomiennej czerwieni. Dziarskim krokiem przekroczyłam więc próg eleganckiego butku. Już od wejścia zaatakowała mnie nadgorliwa ekspedientka, proponując przymiarki połowy sklepu naraz. Nie miałam jednak najmniejszej ochoty na spędzenie tam całego popołudnia i dlatego grzecznie podziękowałam, uciekając między regały i setki wieszaków. Po niecałych 10 minutach rozczytywania tabel rozmiarów i dobierania odpowiednich fasonów miałam zupełny mętlik w głowie. Poczułam ogromną pokusę opuszczenia butiku i udania się do najbliżej kawiarni… ale wtedy pojawił się on… Wspaniale zbudowany, gładki, wypielęgnowany, jak gdyby kilka minut temu opuścił salon fryzjersko-kosmetyczny. Pachniał drogo i luksusowo, tak ulubionym przeze mnie drzewem aloesowym i piżmem. Patrząc jego idealnie proporcjonalną twarz odnosiłam wrażenie, że świetnie sprawdziłby się jako model w Akademii Sztuk Pięknych.
„Witam! Mam na imię Paweł i jestem brafitterem. Pomogę Ci w doborze idealnego biustonosza! Powiedz mi, czego oczekujesz?” – wyrecytował głębokim, męskim głosem.
„Cóż… zależy mi na czymś, co podkreśli mój spory biust, ale jednocześnie nie wywoła zbytecznego efektu push-up.”
Uważnie przyjrzał się mojemu głębokiemu dekoltowi, a na jego twarzy wymalował się lubieżny uśmieszek.
„Zapraszam do przymierzalni. Muszę zdjąć miarę z Twojego biustu.”
Nigdy nie korzystałam z usług profesjonalnego znawcy biustonoszy, a mimo to jego propozycja wydała mi się nieco… odważna i nietypowa! Posłusznie jednak udałam się do wyznaczonej przez niego, ustronnie położonej kabiny na zapleczu. Zamknął się w niej razem ze mną, przynosząc ze sobą kilka pokazowych modeli.
„No no, rozbieraj się. Czy mam Cię do tego zachęcić?” – zaśmiał się ze stosowną dla siebie pewnością w głosie.
Był arogancki i zbyt bezpośredni, co jednocześnie denerwowało mnie… i podniecało. Patrząc głęboko w jego niebieskie oczy powoli zdjęłam z siebie bluzkę. Na widok moich piersi, aż zawył z zachwytu, przesuwając delikatnie opuszkami paców po mojej szyi.
„Imponujące…” – wymruczał, a wtedy ja sprawnym ruchem zrzuciłam z siebie biustonosz. Jego ręce natychmiastowo powędrowały na moje piersi, gładząc je delikatnie opuszkami palców. Na delikatnej skórze wystąpiły rozkoszne dreszcze, rozpływające się w głąb ciała i wędrujące nawet pomiędzy moje uda…
„Cudowne… takie kształtne i jędrne…” – wymruczał do mojego ucha, a ja rozpłynęłam się w wirze tej przyjemności. Lekko dysząc wciąż pieścił skórę subtelnym i ciepłym dotykiem, raz po raz drażniąc sterczące z podniecenia sutki. Wreszcie postanowił nie tylko poczuć ich obfitości, ale także posmakować. A dotyk jego miękkich i pełnych ust sprawiał mi niebotyczną przyjemność! Na początku tylko muskał je drobnymi pocałunkami, delektując się widokiem mojej ekstazy. Nagle przyssał się do pęczniejących sutków, lubieżnie przygryzając je zębami i zataczając wokół nich językiem wilgotne kółeczka. Całował je, oblizywał i pieścił coraz szybciej, aż wreszcie z mojego gardła wyrwał się pierwszy krzyk…
„Paweł, wszystko w porządku?” – do drzwi zapukała jedna z ekspedientek sklepu.
„Oczywiście! Przez przypadek ukłułem klientkę zapięciem.”

Ze sklepu wymknęłam się ukradkiem, wprawdzie bez biustonosza, ale bogatsza w tą sekretną wiedzę: kobiece piersi najlepiej prezentują się jedynie w czułych dłoniach znawcy wyrafinowanych pieszczot… O tak!

Weronika

poniedziałek, 30 marca 2015

Przyłapana na „gorącym uczynku”…

Wolne weekendy dobrze jest spędzać aktywnie – jeszcze lepiej, robiąc to w asyście swojej najlepszej przyjaciółki. Towarzystwo Marceli wyjątkowo służyło mi bez większych zastrzeżeń, biorąc pod uwagę nawet nieustępujące gadulstwo i niegasnący entuzjazm, czyli nieodłączne elementy jej osobowości. Jakkolwiek naszym sobotnim celem pierwotnie był aquafitness, pływanie i bicze wodne, to w ostatecznym rozrachunku większość czasu spędziłyśmy w saunie lub jacuzzi, śmiejąc się, plotkując i zawieszając pożądliwe spojrzenia na pewnych swoich atutów, męskich kąskach. A trzeba przyznać, że tego dnia było ich całkiem sporo. Oczywiście, nasze wdzięki również nie uszły uwadze facetów, którzy z uwielbieniem wlepiali w nas rozmarzone oczy, od czasu do czasu zagadując lub komplementując. I choć z początku wydawało się to całkiem miłym, niezobowiązującym układem, to po dłuższym czasie odpierania takowych zalotów poczułam się potwornie zmęczona.
„Marcela, może chodźmy na jakiś masaż… mam już dość tkwienia w wodzie.” – marudziłam z miną małej, obrażonej dziewczynki.
„Daj spokój, Wera! Przecież jest świetnie! Spójrz – tamten facet, wylegujący się na leżaku przy oknie wyraźnie ma na mnie ochotę! Rób co chcesz, ja tu zostaję! To czysta kopalnia romansów.” – dodała po chwili. No tak. Priorytety życiowe Marceli są bardzo jasne i klarowne. Nie ukrywa swojego zamiłowania do dobrej zabawy i łamania męskich serc. A muszę przyznać, że jest jedyną w swoim rodzaju mistrzynią uwodzenia i często „moje sekretne podboje” to wynik jej umiejętnego podejścia do facetów. Do dziś zachodzę w głowę, jak ona to robi…
„W takim razie, ja wracam do sauny. Jeśli znudzi Ci się rola basenowej atrakcji, możesz do mnie dołączyć.” – rzuciłam w stronę koleżanki, powoli wynurzając swoje ciało z bulgoczącej, gorącej wody. Nie jestem pewna, czy w ogóle zrozumiała moje słowa, bowiem jej rozkoszne spojrzenie wciąż utkwione było na majestatycznych mięśniach pewnego przystojniaka.

Tym razem – zamiast sauny parowej – fińska. O dziwo, cała dla mnie. Mogłam wybrać sobie dowolne miejsce i dowolny poziom, rozkładając się na bielutkim i przyjemnie miękkim ręczniku. Fala gorąca od razu uderzyła w moje ciało, powodując wystąpienie na całej jego powierzchni drobnych kropelek. Taka przyjemna kąpiel temperaturowa rozpaliła nie tylko wszystkie zmysły, ale także bezpruderyjną wyobraźnię, budzącą się we mnie w najmniej oczekiwanych momentach… na przykład – takich, jak ten. Podjęłam więc żmudną próbę walki z narastającym podnieceniem i butną wyobraźnią, jednak nie przyniosły one zamierzonego skutku. Rozejrzałam się dokoła i z entuzjazmem stwierdziłam, że wciąż jestem sama w tym cudownym, relaksującym otoczeniu. Nic nie stało więc na przeszkodzie, abym wzięła sprawy w swoje ręce… i to dosłownie! Sensualną grę rozpoczęłam od zabawy ze swoimi piersiami. Już przy pierwszym dotyku moje sutki stwardniały i wystrzeliły w górę, niczym młode pędy bambusa. Drażniąc je opuszkami palców, jednocześnie przesuwałam drugą dłonią po aksamitnej skórze twarzy i szyi, wyobrażając sobie wszystkich tych mężczyzn spotkanych dzisiejszego dnia, z których każdy, jeden po drugim, zanurza się w mojej kobiecości, pozostawiając w niej cząstkę siebie… Och! To było silniejsze ode mnie. Niemal zapomniałam o otaczającym świecie oraz możliwości potencjalnego przyłapania mnie na „gorącym uczynku” przez innego użytkownika saunarium. Chciałam zatrzymać tę falę nagłego podniecenia na biuście, jednak powoli przenosiła się ona w nieco niższe rejony, pociągając za sobą jednocześnie obie dłonie. I tak przez talię, brzuch, okolice pępka, wzgórek łonowy i uda, wreszcie dotarłam do centrum mojej kobiecości. Łechtaczka, już dobrze ukrwiona i wrażliwa, na dodatek obficie wilgotna od wypływających z mojego wnętrza soczków, była gotowa na przyjęcie sowitej porcji soczystych pieszczot. Na początek nagrodziłam się jedynie delikatnymi muśnięciami dłoni, a temperatura moich wyobrażeń bardzo szybko stała się prawie tak samo gorąca, jak źródło ciepła sauny. Im bardziej perwersyjne fantazje snułam, tym mocniejsze i intensywniejsze stawały się moje ruchy, aż wreszcie bez skrępowania moje paluszki ruszyły na poszukiwanie mitycznego punktu G… i trafiły na niego bez większych problemów. Wsuwałam je i wysuwałam, uciskając pulsacyjnie tą wyjątkową strefę. Jednocześnie druga dłoń zataczała doskonałe w swej geometrii okręgi i owale, obejmując swoim zasięgiem nie tylko czuły guziczek rozkoszy, ale każdy centymetr skóry dokoła niego. Moje serce biło jak oszalałe, właściwie nie mogłam złapać tchu. Ilekroć wypuszczałam rozgrzane powietrze z płuc, z mojej krtani wydobywał się całkiem głośny jęk nadchodzącego szczytu. Kroczek po kroczku nadawałam sobie tempa i zwiększałam intensywność doznań. Marzyłam o tej cudownej chwili, która jak na złość narastała we mnie wyjątkowo leniwie i spokojnie. Wijąc się na drewnianej półce najwyższego poziomu sauny, myślałam tylko o jednym – o nadchodzącej rozkoszy. Nic nie było w stanie wyrwać mnie z tego ogromnego transu… oczywiście poza ekstazą. Wyginając całe swoje ciało w orgazmiczny łuk, wykrzyknęłam głośno całą litanię ochów i achów. A gdy erotyczny dreszcz opuścił mnie i ponownie otworzyłam zaciśnięte powieki… Chciałam zapaść się pod ziemię. Na naprzeciwległej ławeczce siedział sobie spokojnie ów przystojniak, na którego ochotę miała sama Marcela. Zarumieniony, nie tylko od gorąca, utkwił swoje oczy pomiędzy moimi jeszcze rozwartymi udami. Co więcej, jego również krępowała stercząca erekcja. Szybko zdołał ją jednak opanować i powrócić do stanu względnie normalnego. Dopiero wtedy oboje mogliśmy opuścić gorący pokój.
„Będę tu jutro. Spotkajmy się… Oszalałem na Twoim punkcie!” – szepnął mi jeszcze przy wyjściu, blokując grube drzwi z matowego szkła. Delikatnie naparł na moje pośladki swoją miednicą, powodując wystąpienie na całym ciele kolejnej porcji dreszczy.
„Chętnie zrobiłbym TO już teraz, ale to zbyt ryzykowne. Chciałbym móc cieszyć się tym, co przed chwilą widziałem bez zbytecznej ostrożności….”
Instynktownie namierzyliśmy swoje usta, które natychmiast złączyły się w szybkim i chciwym pocałunku.
„Jutro o dwudziestej, w hotelu na górze?” – zapytał odrywając się od mojej twarzy i wplatając palce pomiędzy kosmyki wilgotnych włosów. Skinęłam głową, bowiem przez zaciśnięte gardło nie było w stanie przejść ani jedno słowo. Wyplątując się z jego objęć jako pierwsza opuściłam pomieszczenie. Jeszcze długo wodził wzrokiem za moim ciałem, gdy wchodziłam pod lodowaty prysznic, ale ostatecznie zamiast niego dopadła mnie Marcela!
„Słuchaj! Ja mam dość! Ten przystojniak już prawie na pewno był mój i – nie uwierzysz – nagle zniknął! Nie natknęłaś się na niego może przypadkiem?”
„Nie mam pojęcia… Być może mignął mi tu gdzieś przed oczami…” – skłamałam, lecz tylko w dobrej wierze, nie chcąc ranić wybujałego ego przyjaciółki. I wtedy jak na zawołanie pojawił się on, w oddali, zbierając się do wyjścia z kompleksu. Uwodzicielsko spojrzał się w naszą stronę i posłał ku mojej postaci kokieteryjny uśmieszek.
„Ach!” – zapiszczała Marcela – „Widziałaś, jak on na mnie patrzył?”
Tak. Widziałam jak patrzył… jak mężczyzna głodny rozkoszy, którą ja potrafię mu dać.

Całe szczęście moje wyrzuty sumienia odeszły w niepamięć równie szybko, co zainteresowanie przyjaciółki tamtym obiektem westchnień. Nie mogło być inaczej, jeśli 15 minut później w oko wpadł jej kolejny kąsek. Oto cała Marcela :)

Weronika

niedziela, 29 marca 2015

Pozycj@ ;)

Moja przyjaciółka Marcela to doprawdy przedziwna, choć najbliższa mojemu sercu, bratnia dusza. Jej spontaniczność i otwartość w kontaktach międzyludzkich sprawia, że ktokolwiek znajdzie się w zasięgu jej sympatycznej aury, po prostu MUSI ją pokochać! A jeśli dodać do tego doskonałe zdolności kulinarne, których nie powstydziłby się nawet szef Amaro, nieprzeciętną urodę, grację i styl… Właściwie niewiele można jej zarzucić, poza tym, że czasami ciężko za nią nadążyć.
„Organizuję imprezę! Tak, u mnie! O 19… może 20 albo 21… Wpadniesz? Musisz być!” – wykrzykiwała radośnie przez telefon.
„Marcela, po kolei… o jaką imprezę chodzi?” – próbowałam ostudzić jej emocje. Oczywiście z mizernym skutkiem.
„No przecież mówiłam Ci [nie przypominam sobie], że wczoraj przyjechał do mnie mój kuzyn z Kanady.”
O wspomnianym kuzynie słyszałam niejednokrotnie z ust przyjaciółki. Traktowała go jak brata, bowiem wychowywali się jednym domu przez wiele lat po tym, jak rodzice Antka zginęli w tragicznym wypadku samochodowym. Z resztą, to bardzo smutna historia i nieszczególnie wypada mi rozpisywać się o tym w blogowej historyjce. Wiedziałam też, że chłopak studiował przez pewien czas w Warszawie, ale kiedy nadarzyła mu się okazja wyjazdu do Kanady, nie wahał się ani minuty. Po dłuższej rozmowie z Marcelą wyciągnęłam wreszcie od niej stosowne informacje. Podobno zastanawia się nad powrotem do kraju, chciałby znaleźć żonę i założyć wreszcie rodzinę (ach tak, 30 lat na karku). Pomysłowa i pomocna Marcela postanowiła pomóc mu w znalezieniu wybranki serca – ale nie byle jakiej! O ile sama była zdania, że najlepsze kąski można wyhaczyć tylko w najbardziej zatłoczonych klubach, o tyle swojemu „braciszkowi” chciała zagwarantować spotkanie z „przetestowaną” kobietką. Zaprosiła więc wszystkie swoje koleżanki wolnego stanu, a ja miałam pomóc jej w doborze odpowiedniej kandydatki. Innymi słowy, miałam wesprzeć Marcelę w przebiegłym planie swatania kuzyna. Cóż innego mogłam uczyć… oczywiście zgodziłam się. W końcu to moja najlepsza przyjaciółka.

Impreza była nudna jak przysłowiowe „flaki z olejem”, a atmosfera wytworzona przez szczebiotliwe blondyneczki o taliach osy – słodka i mdląca jak syrop z lukrecji. Antoni, a właściwie już Tony (zażyczył sobie, by w ten sposób właśnie do niego mówiono), zjawił się nieco później i – jak się okazało – był zupełnie zaskoczony faktem zorganizowania dla niego imprezy. Marcela oczywiście oczarowała swoje piękne koleżanki opowieściami o urodzie i manierach swojego kuzyna, czyniąc z jego osoby niemal hollywoodzkie celebrity. Na jego widok, wesołe blondyneczki nie kryły rozczarowania. Niestety nie wyglądał on jak młody Colin Farrell, a amerykańskie dolary nie wystawały mu z kieszeni. Taki ot, zwykły 30-latek. Skromny, cichy… ale dla mnie, jak najbardziej przystojny. Schrupałabym go ze smakiem, gdyby tylko nie był kuzynem mojej przyjaciółki… Nie był przeznaczony dla mnie. To pewne. Speszony całą sytuacją Tony usiadł w rogu kanapy i wbił swoje błękitne oczy we wzorzysty dywanik na podłodze.
„Więc… Antoni, czy też Tony, opowiedz nam coś o sobie. Co robisz, czym się zajmujesz, gdzie pracujesz?” – zapytała wreszcie jedna z blondynek.
„Nie ma tu zbyt wiele do opowiadania…” – odparł ściszonym głosem. – „Od 10 lat mieszkam i pracuję w Toronto. Jestem zootechnikiem.”
Jedna z cukierkowych lalek prawie zachłysnęła się swoim drinkiem.
„Czym???”
No tak, zapewne spodziewała się maklera giełdowego lub opływającego w pieniądze dewelopera.
„Nooo… pracuję w takiej klinice zwierząt egzotycznych. Zajmujemy się głównie leczeniem lemurów, małp i goryli.” W jego oczach zapaliła się iskierka pasji, która jednak szybko została zgaszona przez wymowne uśmieszki blondynek.
„Hahaha! Małpy! Hahaha!…”
Albo uznały tę wiadomość za żart, albo w bezpośredni sposób z niego drwiły. Zdegustowany i nieskory do dalszej rozmowy Tony po prostu wyszedł z pokoju, udając się na piętro, gdzie znajdowała się jego sypialnia.
„Ale wtopa…” – jęknęła Marcela. „Idź za nim, a ja postaram się przemówić im do rozsądku.”
Oczywiście, że było mi bardzo żal Tony’ego, dlatego postanowiłam rzeczywiście sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku. Delikatnie zastukałam w przeszklone drzwi.
„Wejdź.” – usłyszałam.
Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, kuzyn Marceli miał na sobie jedynie obcisłe, grafitowe bokserki. A uwagi od jej obfitej zawartości zwyczajnie nie dało się oderwać. Znieruchomiałam przez chwilę, po czym bardzo szybko zwróciłam się do wyjścia.
„Weronika, spokojnie! Nie uciekaj, przecież nie jestem nagi.”
Racja, nagi nie był. Jednak widok jego ciała zwyczajnie budził we mnie odczucia, których nawet nie powinnam sobie wyobrażać. Mężczyzna przyciągnął mnie do siebie i niejako przymusił, abym usiadła blisko niego.
„Przyszłam sprawdzić, czy wszystko z Tobą w porządku. Marcela się niepokoi… może uraziły Cię docinki tych blondyneczek. W każdym razie, nie przejmuj się nimi,”
„Naprawdę myślisz, że obchodzą mnie ich brednie i chichoty? Otóż nie!”
„Cóż wyglądałeś na przejętego…” – przyznałam szczerze.
„Teraz to dopiero jestem przejęty…” – wyszeptał tuż nad moim uchem.
„Czym?”
„Twoją obecnością…”
Otworzyłam usta, a on wpił się w nie z delikatnością niedźwiedzia polarnego. Nie przewidziałam, że może zachować się w ten sposób i dlatego nie zareagowałam, zupełnie poddając się jego łapczywym pocałunkom… W chwilę później jego ciepłe i delikatne dłonie już pozbawiały mnie sukienki, biustonosza i reszty złudzeń, że jednak zdołam się oprzeć urokowi tego młodzieńca… Sposób, w jaki dotykał moje ciało i pieścił gładką jak jedwab skórę, był wprost nie do opisania. Tyle gracji, wdzięku i uczuć emanowało z jego skromnej osoby, że zupełnie nie podejrzewałam go… o tak wyrafinowany gust seksualny.
„Pewnie o tym nie wiesz…” – szeptał z dłońmi utkwionymi pomiędzy moimi udami – „..ale jestem mistrzem kamasutry.”
„Jednocześnie kręcisz mnie i ciekawisz.. to całkiem niezwykłe połączenie…” – przyznałam przed samą sobą.
„Jeśli chcesz… pokażę Ci swoją ulubioną pozycję…” – wymruczał, jednocześnie zanurzając swoje słodkie usta w mojej wilgotnej, soczystej kobiecości.
„Ohhh… tak! Pokaż mi…” – tłumiłam krzyk, aby żadna ze znajdujących się w pokoju pod nami kobiet nie odkryła naszej potajemnej schadzki.
Tony jeszcze przed chwilę podnosił moje erotyczne ciśnienie, świdrując językiem moją ciasną szczelinkę i koncentrując całą siłę swojej stymulacji dokładnie w epicentrum rozkoszy, znanym również jako punkt G. Po chwili oderwał się od mojego ciała i położył się na podłodze, na plecach, unosząc swoje nogi do góry. Jego ciało przypominało wówczas „ludzki tron”… w miejscu siedziska zaś, wznosił się dumnie sterczący i twardy jak skała penis, gotowy zagłębić się w zakamarkach dosiadającej go księżniczki. Od razu pojęłam konwencję tej pozycji i usiadłam na „tronie”, opierając się plecami o jego stopy i pozwalając mu utonąć w moim ciele. A trzeba przyznać, że takie ułożenie, choć nieco dziwaczne, nie dość, że pozwalało mi przejąć całkowitą kontrolę nad przebiegiem sytuacji, to jeszcze zapewniało bardzo głęboką i intensywną penetrację… Podnieceni, zaskoczeni dopasowaniem swoich ciał, spragnieni siebie bardziej niż kiedykolwiek, przeświadczeni o niepoprawności swoich działań, powoli wznosiliśmy się na szczyt, dopóki jego twarzy nie przeszył grymas rozkoszy, a wówczas i moje wnętrze poczuło się pełnym jego spełnienia…

Po wielu dniach poszukiwań wreszcie odkryłam jego tajemnicę… Pozycja na małpkę. Mało znana, lubiana przez koneserów mocnej i głębokiej stymulacji. To zabawne, że chłopak zajmujący się zwierzętami egzotycznymi kocha się ze mną właśnie w taki sposób! Jeśli chciał sprawić, że nie zapomnę tego zbliżenia, to może być pewny – nie zapomnę ani jego, ani tej rozkosznej małpki!

Weronika

sobota, 28 marca 2015

Kolejny, przyjemny, nagi, napalony… prezent od wielbiciela!

Potencjał pogodowy utrzymuje się na stałym, satysfakcjonującym poziomie. Nie ukrywam, że taka postać rzeczy zwyczajnie napawa mnie radością, bowiem wreszcie mogę zrzucić z siebie ciężkie futro na korzyść lżejszego i bardziej kobiecego trenczu. Kozaki również schowałam do szafy – teraz bardziej odpowiednie obuwie to szpilki i botki na wysokim obcasie. Krótsze spódniczki, większe dekolty… Cóż… Krótko mówiąc, mężczyźni również powinni czuć się zadowoleni. I zdaje się, że wraz z zapadnięciem kalendarzowej wiosny, odżywają w nich również głęboko skrywane uczucia, fantazje i pragnienia, o czym miałam okazję przekonać się właśnie tej nocy…

Pamiętacie jeszcze historię z zamówioną do mojego gabinetu męską prostytutką? Neemar, bo tak nazywa się mój czarnoskóry kochanek-niespodzianka, był prezentem, bardzo trafionym zresztą, którego nadawcy jak do tej pory nie udało mi się poznać. Sądziłam, że był to tylko jednorazowy wybryk, albo przynajmniej pomyłka… A tu – proszę – takie zaskoczenie. Kolejna niespodzianka od nieznanego nadawcy! Ale zacznijmy po kolei…

Był to wieczór, niezbyt późny, przyjemny i pełen relaksu. Właśnie dopijałam trzeciego już drinka, gdy usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Spojrzałam na zegarek, a późna godzina upewniła mnie tylko w przekonaniu, że o tej porze mogłabym otworzyć drzwi jedynie mojej mamie i Wiktorowi. Albo policji. No i ratownikom medycznym… ale to tylko w nagłych wypadkach. Nie zwracając uwagi na ponawiające się stukanie, opróżniłam szklankę wybornego cuba libre i przeciągnęłam się leniwie na kanapie w salonie. A wtedy nieznany przybysz odnalazł także dzwonek do drzwi. Zdenerwowana natarczywością, postanowiłam otworzyć drzwi jedynie w celu poczęstowania go wiązanką co najmniej niewybrednych słów, pełnych arogancji i kipiącej ze mnie irytacji. Przekręciłam klucz, nacisnęłam klamkę. I kiedy chciałam już wyrzucić z siebie poemat o narastającej we mnie z każdą sekundą frustracji, moje usta rozwarły się, niczym usteczka małej dziewczynki na widok oryginalnej Barbie, a kolana zmiękły, jak gdyby ktoś zamienił moje kości na gibkie żelki. Otóż, w moim progu ukazał się ekscytująco przystojny młodzieniec, na oko niespełna 30-letni. Był dokładnie w moim typie – kilkudniowy zarost, długawe włosy w artystycznym nieładzie, muskularna, niemal atletyczna budowa…
„Wpuści mnie pani, to wszystko wyjaśnię…” – rzucił beznamiętnie. Właściwie bez słowa sprzeciwu wpuściłam go do środka. Zdjął buty i kurtkę, a wtedy zauważyłam, że wyglądał on nieco inaczej… Nie przejmowałam się tym. Wobec jego urody było mi zupełnie obojętne, w jakim celu tu przyszedł, a więc tym bardziej, w co jest ubrany. Zanim zdążył wyjaśnić mi cel swoich odwiedzin, poczułam się rozpalona do granic wytrzymałości. Zdaje się, że alkohol już wtedy zaszumiał mi mocno w głowie.
„Jestem pani prezentem od… M…a może W….” – próbował odczytać z kartki.
Już to przecież słyszałam! Co jak co, ale pamięć mam jeszcze znakomitą.
„Nie ważne od kogo…” – rzuciłam w jego stronę. „Jest tchórzem, który nie chce się ujawnić. Kimkolwiek on jest.”
Skołowała go moja odpowiedź. Zdobył się jednak na odwagę i wreszcie zaprosił mnie do własnego salonu (cóż za miły paradoks…) Na moim odtwarzaczu sam wyszukał odpowiednią piosenkę, a potem stojąc przede mną, kroczek po kroczku, sekunda po sekundzie, zaczął pozbawiać się kolejnych warstw ubrań, wijąc się przy tym, jak tancerka go-go przy niewidzialnej rurze. Rękoma gładził swój muskularny tors, dotykał szyi i bicepsów, seksownie uciskał krocze… Wreszcie został już tylko w męskich stringach i czarnej muszce na szyi. Zbliżył się do mnie… i przystawiając swoje klejnoty prosto w kierunku moich ust, zaczął potrząsać nimi, eksponując tym samym ukrytą pod ciasnym materiałem erekcję.
„Do czego jeszcze wynajął Cię tajemniczy M lub W, przystojniaku….?” – wyszeptałam podniecona, przeciągając palcem wzdłuż jego nabrzmiałej męskości.
„Do tego, Skarbie, do tego!”
Mówiąc to pochwycił moje włosy i ramiona, mocno rzucając o dywanik przy sofie, twarzą do podłogi. Oczywiście moje ręce mocno wykręcił do tyłu. Nie jestem pewna, czy bardziej oszałamiał mnie alkohol, czy ta wyjątkowo absurdalna sytuacja, bowiem nawet przygwożdżona do podłogi, wobec narastającego strachu odczuwałam całkiem wyraźną przyjemność i satysfakcję…Mogłam udawać wtedy, że to niegodny napad, a ja wcale nie chciałam, by w pośpiechu zdzierał ze mnie bieliznę. A prawda niestety była taka, że pragnęłam tego prawie tak mocno, jak kolejnego łyka alkoholu. Upajałam się jego brutalnością i zapachem, a on z uwielbieniem dobierał się do moich pośladków, całując je, masując i okładając klapsami naprzemiennie. Wreszcie wyszeptał mi do ucha kilka niewybrednych epitetów (które tylko podkręciły moją temperaturę), a potem bez pytania o pozwolenie posiadł moje ciało… lecz dość niestandardowo, interesowała go wyłącznie „ta druga szczelinka”, którą wcześniej przygotował na przyjęcie sztywnego gościa całkiem sporą dawką lubrykantu.
„Wiem, że to lubisz.” – syczał do mojego ucha. „Wiem, że jesteś stale nienasycona i żądna rozkoszy. Dam Ci ją… zaspokoję Twoje żądze.”
Właściwie odpływałam już ku górze, gdy jego ręka powędrowała na moją łechtaczkę, pieszcząc ją intensywnie i szybko, lecz z odpowiednim wyczuciem. Nie sądziłam, że sama stymulacja analna może być tak niesamowicie przyjemna. W połączeniu z wirującymi palcami, zabawiającymi mnie „od przodu” i pulsującą we mnie męskością, wypełniającą mnie „od tyłu”, dało to całkiem nieprzewidywalny efekt w postaci najszybszego i najgłośniejszego ze wszystkich orgazmów, których doświadczyłam w całym swoim życiu.

Po wszystkim zostawił tylko swoją wizytówkę na stoliku i czule całując mój czubek głowy, dodał:
„Chętnie umówiłbym się z Tobą raz jeszcze, jeśli zechcesz… możesz dzwonić o każdej porze dnia i nocy.” Najpierw Neemar, teraz on… ile jeszcze takich wizytówek przyjdzie mi umieścić w swojej kolekcji? Na wszelki wypadek zaopatrzę się w klaser… ;)

Weronika

piątek, 27 marca 2015

Masaż bardzo erotyczny!

Kolejny cudowny dzień – słoneczny, miły i pachnący wiosenną rześkością. Z taką przykrością spoglądałam przez szerokie okno swojego gabinetu na uśmiechnięte twarze spacerujących staruszek, radosne podskoki dzieci wracających ze szkół, snujących się z kubkiem markowej kawy i naręczem pełnym kserówek – typowych, niewyspanych studentów. Wszystkich ich otaczała pewna aura spokoju i błogości, zwłaszcza, gdy leniwie wyciągali swoje blade głowy ku słońcu, niczym dorodne pąki narcyzów i żonkili. Jaka szkoda, że ja nie mogłam cieszyć się marcową pogodą razem z nimi… Niestety, tkwiłam zamknięta w 4 ścianach swojego biura, zasypana stertami dokumentów i cała gamą bardzo ważnej korespondencji, zarówno tej papierowej, jak i elektronicznej. Ilość pracy, jaka czekała na mnie tego dnia dawała mi dość jasno do zrozumienia, że nie rozstanę się ze swoim biurkiem i komputerem, dopóki nie zapadnie chłodny zmierzch. Uwierzcie, że takie spojrzenie na całokształt zjawisk, zamiast dodawać skrzydeł mojej pracy, zwyczajnie je podcina…

Dokładnie tak, jak przewidywałam, w domu znalazłam się dopiero po godzinie 19, gdy na dworze panowała już zupełna ciemność. Czułam się wyjątkowo zmęczona, sfrustrowana i spięta, a moich skołatanych nerwów nie był w stanie ukoić nawet najszlachetniejszy bourbon. I wtedy do głowy przyszła mi zupełnie niecodzienna myśl… Nie tak dawno Marcela obdarowała mnie wizytówką masażysty, którego często odwiedza w pobliskim salonie SPA. Od niedawna świadczy on również usługi bezpośrednio w domach swoich klientek. Być może pora była już nieco późna, ale przecież nic nie stało na przeszkodzie, aby spróbować umówić się na spotkanie. Telefon odebrał sympatyczny mężczyzna i bardzo przyjaznym głosem zapytał o interesujące mnie terminy. Nieco zdziwiła go wiadomość, że potrzebuję masażu właściwie „na teraz”. Zastanowił się więc przez chwilę, po czym oznajmił:„Zazwyczaj nie praktykuję takich wezwań na żądanie, jednak jest pani nową klientką, a dodatkowo wyczuwam w pani głosie bardzo wyraźną nutkę irytacji. Jeśli rzeczywiście potrzebuje pani rozluźnienia, powinienem tam być i służyć swoimi umiejętnościami. Wobec tego – zgoda. Będę za około godzinę.”
Świetnie się złożyło, bowiem w tym czasie zdążyłam zażyć krótkiej kąpieli i starannie przygotować swoje ciało do masażu. Nim zadzwonił dzwonek do drzwi, założyłam na siebie nowiutkie stringi-brazyliany ze śnieżnobiałej koronki, a resztę półnagiego ciała okryłam puszystym szlafrokiem w kolorze jasnej mięty. I wreszcie przemiły pan-masażysta zagościł w moim salonie. Nie był to może mój ideał mężczyzny, ale w jego ruchach było coś fascynującego – płynnego, subtelnego i podniecającego. Poza tym jego błękitne oczy, takie mądre i wyrozumiałe, sprawiały, że już po kilku minutach znajomości zwyczajnie zwierzałam się mu ze wszystkich kobiecych trosk – niczym najlepszej przyjaciółce na popołudniowej kawie. A trzeba przyznać, że słuchać potrafił jak mało który mężczyzna na tym świecie. Kiedy przygotował już stanowisko do masażu oraz całą gamę pachnących olejków polecił mi rozebrać się i położyć na dość twardym łóżku. Zrzucając z siebie okrycie, próbowałam dostrzec w masażyście chociaż drobny przebłysk podniecenia. Niestety – bezskutecznie. Jego twarz zachowała stoicki spokój, a potem zniknął z mojego pola widzenia. Pojawiły się za to jego ciepłe, gładkie i wyjątkowo delikatne dłonie. Rozcierając na moich plecach i barkach ciepły olejek, czułam się lepiej niż podczas najdroższej sesji SPA! Nikt przedtem nie dotykał mnie w tak wyrafinowany i profesjonalny sposób. Był czuły, namiętny i naprawdę zaangażowany w każdy swój ruch. W jego łagodnych gestach czuć było radość i prawdziwą fascynację kobiecym ciałem, nawet gdy jego masaż objął już uda, łydki oraz stopy. Muzyka w tle robiła się coraz spokojniejsza i hipnotyczna, a miły pan właśnie zabierał się do delikatnej stymulacji mięśni moich pośladków. Moje myśli instynktownie skierowały się na ten niepoprawny i wyjątkowo bezpruderyjny tor wyobrażeń…
„Proszę odwrócić się na drugą stronę, pani Weroniko.” – zakomunikował mi, łagodnie szepcząc do ucha. Leniwie przekręciłam się na plecy, ułatwiając mu dostęp do swoich krągłych piersi i sterczących sutków, które już bardzo stęskniły się za dotykiem męskich dłoni. Mężczyzna, na przekór rozpoczął masaż od stóp, powoli przemieszczając się ku górze. Ach! Nie mogłam doczekać się, kiedy dobierze się do sedna sprawy! Im bardziej zbliżał się do moich piersi, tym częściej zerkał w ich kierunku. Niby zupełnie ukradkiem, licząc, że nie podglądam jego poczynań przez zamknięte powieki. Aż wreszcie przestał mieć wybór i skórę moich piersi obficie skropił cieplutkim olejkiem zapachowym, układając na niej swoje delikatnie drżące dłonie… Nie wyglądał na nowicjusza w dziedzinie masażu. Miał około 40 lat, więc z pewnością nie robił tego po raz pierwszy, a mimo to na jego policzkach gościł wstydliwy rumieniec i delikatny uśmieszek zadowolenia. Oczywiście, oboje byliśmy zadowoleni z takiego układu. Mężczyzna po raz pierwszy pokazał mi, jaką niesamowitą przyjemność może sprawić umiejętna pieszczota sporego biustu, który na co dzień uciskają fiszbinowe biustonosze. Z każdym muśnięciem opuszek jego palców, zwyczajnie odpływałam w krainę własnych wyobrażeń, w której całkiem przeciętny masażysta staje się wymarzonym królem każdej z nasuwających się fantazji…„Czy życzy sobie pani wykonanie usługi specjalnej?” – zapytał wprost nad moim uchem, muskając jego płatek łagodnym ruchem swoich ciepłych warg.„Cokolwiek… byleby pan nie przestawał. Jest tak cudownie.” – wymruczałam rozmarzona.„Zobaczy pani… będzie znacznie lepiej. Proszę mi zaufać…”
Wodząc palcami wzdłuż mojej talii i bioder, z gracją zsunął ze mnie bieliznę. Zaraz potem, jego śliskie od olejku dłonie wślizgnęły się pomiędzy moje uda. Z gardła wyrwał się niespodziewany jęk rozkoszy, za który natychmiast gorąco go przeprosiłam.
„Nie szkodzi…” – odparł z uśmiechem – „To zdarza się bardzo często. Proszę się nie ograniczać. Proszę pozwolić, by energia swobodnie przepływała przez pani ciało, by uszły z niego wszystkie złe emocje i stres.”
Posłusznie rozluźniłam więc napięte dotąd uda i pozwoliłam mu dokładnie zająć się moimi kobiecymi skarbami. Miewałam mężczyzn, którzy potrafili robić to lepiej lub gorzej. Brak jest tu jednak stosownego punktu odniesienia, bowiem ON robił to doskonale. Nie interesowało go nic więcej, poza sprawieniem mi wyjątkowej przyjemności, która ponownie rozbudzi we mnie prawdziwą dzikość, wolność i poczucie lekkości. Każde z przesunięć jego ciepłych i wilgotnych palców sprawiało, że moje wnętrze wypełniała olbrzymia kula energetycznej rozkoszy, która przygotowywała się do prawdziwej eksplozji – niczym tykająca w moim ciele orgazmiczna bomba. Wreszcie pozwolił sobie na więcej… Tylko jedna z jego dłoni pozostała wierna pieszczotom łechtaczki, druga zaś powędrowała w okolice mojej mocno wilgotnej już szczelinki. Bardzo gładko i pewnie wsunął do niej swoje palce, celując je z precyzją snajpera dokładnie w centrum mojego punktu G. Cóż za zniewalające doznanie! Jednoczesny masaż od wewnątrz i z zewnątrz to zdecydowanie najprzyjemniejsze doznanie na świecie! Podczas gdy on zwalniał i łagodził swoje początkowo intensywne pieszczoty, ja co raz szybciej wspinałam się na szczyt… Aż wreszcie rozkosz, podobnie jak jego palce, wypełniła mnie po brzegi. Po raz pierwszy w życiu przeżyłam kilka orgazmów jednocześnie, jeden po drugim! Nie mogąc zapanować nad swoim ciałem, wygięłam się w seksowny łuk, krzycząc i jęcząc najgłośniej, jak tylko potrafię. A kiedy eksplozja rozkoszy ustała, w jednej chwili zakończyła się również intymna stymulacja moich najczulszych zakątków… Jeszcze 5 minut poświęcił na delikatny masaż końcowy, który skupił na okolicach moich ud i piersi. Swoje oczy otworzyłam dopiero w momencie, gdy spakował płytę, wyrywając mnie w ten sposób z magicznego transu uniesień.
„Ile płacę? – zapytałam kokieteryjnie, zawiązując niedbale na sobie milutki, miętowy szlafroczek.
„Dziś nic. Pierwsza usługa jest zawsze darmowa. Jeśli spodobało się pani wystarczająco mocno, zapłaci pani za kolejne.” – wyszeptał w moją stronę.
„Ja jednak czuję się stanowczo zobowiązana….” – powiedziałam, podchodząc nieco bliżej w jego kierunku.„Ależ pani Weroniko, nie ma powodu…”
Niemądry. Chyba myślał, że zaoferuję mu pieniądze! Ja ułożyłam sobie w głowie jednak inny scenariusz, wynikający z mojej wdzięczności. I wiecie co? Choć masażyści erotyczni nie zgadzają się na takie ekscesy, to gdy rozsunęłam jego rozporek, zwyczajnie nie potrafił mi odmówić…

Weronika